Blask, pasja i samotność w cieniu legendy. Tragiczny los polskiej Brigitte Bardot
Blask, pasja i samotność w cieniu legendy. Tragiczny los polskiej Brigitte Bardot
Gdyby żyła w innej epoce, być może bawiłaby się na hollywoodzkich salonach, dyktując warunki największym wytwórniom filmowym na świecie. Miała zaledwie kilkanaście lat, gdy Polska oszalała na punkcie jej niepowtarzalnej urody, a krytycy wieszczyli narodziny ikony na miarę zachodnioeuropejskich gwiazd kina. Mimo że nigdy nie ukończyła szkoły teatralnej, przed kamerą przejawiała hipnotyzujący magnetyzm, którego nie sposób było wyuczyć w żadnej akademii. Teresa Tuszyńska, okrzyknięta „polską Brigitte Bardot”, w ułamku sekundy przeszła drogę od niepokornej warszawskiej nastolatki do międzynarodowej sensacji z okładki amerykańskiego magazynu „Show”.
Jednak za fasadą olśniewających bali, brawurowych ról i luksusowych kreacji kryła się rzeczywistość pełna wewnętrznych pęknięć, autodestrukcji oraz niszczącego uczucia, które zdeterminowało całe jej dorosłe życie. Była to opowieść o kobiecie, która mogła mieć u stóp cały świat, a mimo to krok po kroku zamykała przed sobą każde otwarte drzwi. Zamiast wielkiej światowej kariery wybrała życie na krawędzi, naznaczone uzależnieniem, skandalami i tragiczną samotnością. Jak doszło do tego, że jedna z najpiękniejszych aktorek powojennej Polski zniknęła z radarów publiczności, kończąc swoje dni w skrajnym zapomnieniu?

Od wojennej tułaczki do warszawskiej bohemy
Teresa Tuszyńska przyszła na świat w 1942 roku w Warszawie na Woli. Jej dzieciństwo przypadło na mroczny okres okupacji, a historia jej rodziny od początku nosiła znamiona wstrząsającego dramatu. Ojciec dziewczynki, Antoni, został wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec. Matka, Janina, cudem ocaliła dzieci przed śmiercią, gdy transport zmierzający prosto do obozu koncentracyjnego Auschwitz został zatrzymany dzięki bohaterskiej interwencji kolejarza. Po wojnie rodzina wróciła do zrujnowanej stolicy, jednak Teresa od najmłodszych lat wymykała się jakimkolwiek regułom i schematom. Nawet surowy rygor zakonnego internatu w Wawrze nie zdołał okiełznać jej żywiołowego temperamentu.
Jako nastolatka trafiła do Państwowego Liceum Techniki Teatralnej przy ulicy Miodowej, gdzie uczyła się m.in. w jednej klasie z późniejszym wybitnym reżyserem Krzysztofem Kieślowskim. Szkoła nie zdołała jednak utrzymać jej na dłużej. Zamiast podręczników młodziutką dziewczynę fascynowała rodząca się w stolicy nowoczesna kultura młodzieżowa, jazz i nocne życie. Miała zaledwie kilkanaście lat, gdy zaczęła bywać w słynnym klubie „Stodoła” – sercu artystycznego i towarzyskiego życia ówczesnej Warszawy. Wśród znacznie starszych studentów i artystów wyróżniała się zjawiskową figurą, głębokim spojrzeniem i swobodą, która natychmiast przyciągała wzrok. To tam, podczas karnawałowej zabawy w 1958 roku, została wybrana Miss Balu, a jej zdjęcia trafiły do prasy za sprawą fotoreportera Andrzeja Wiernickiego.
Niedługo później wygrała konkurs zorganizowany przez tygodnik „Przekrój”, pokonując ponad tysiąc kandydatek w walce o epizod w filmie Jana Rybkowskiego „Ostatni strzał”. Mimo że formalnie była zbyt młoda i nie posiadała wykształcenia średniego, jury nie miało wątpliwości: pojawił się talent czysty i niespotykany. Chociaż z planu Rybkowskiego zrezygnowała zaledwie po jednym dniu, jej urok zadziałał błyskawicznie. Wkrótce potem dyrektor artystyczna „Mody Polskiej”, Jadwiga Grabowska, uczyniła z niej twarz najbardziej prestiżowej marki odzieżowej w kraju. Tuszyńska podbijała wybiegi w Polsce i za granicą, lecz jej prawdziwe przeznaczenie czekało na planie filmowym.
Fenomen natury i zakazana miłość
Prawdziwy przełom w polskiej kinematografii nastąpił w 1960 roku za sprawą filmu „Do widzenia, do jutra” w reżyserii Janusza Morgensterna. Wcielając się w postać Margueritte, u boku Zbigniewa Cybulskiego, Tuszyńska stworzyła kreację ponadczasową. Na ekranie nie grała – ona po prostu emanowała naturalnością, wdziękiem i nowoczesną zmysłowością. Krytycy pisali wręcz, że amatorka bez dyplomu potrafiła przyćmić największe gwiazdy polskiego kina. Gdy jej twarz ozdobiła okładkę amerykańskiego pisma „Show”, w którym nazwano ją najbardziej utalentowaną i zachodnią spośród polskich aktorek, wydawało się, że wielka międzynarodowa kariera stoi przed nią otworem.
Zagraniczne propozycje z Włoch, Austrii i Francji zaczęły napływać niemal natychmiast. Szanse na jej zaistnienie w Hollywood dostrzegał nawet Roman Polański. Tuszyńska konsekwentnie jednak odrzucała zagraniczne kontrakty, nie chciała uczyć się języków obcych ani podporządkowywać rygorom przemysłu filmowego. Wolała warszawskie kawiarnie, nocne eskapady i towarzystwo ludzi, którzy podzielali jej zamiłowanie do intensywnego życia. Prawdziwym powodem jej wewnętrznego rozdarcia była jednak obsesyjna, niespełniona miłość, która pojawiła się w jej życiu jeszcze na planie filmu „Biały niedźwiedź”.
Mężczyzną, który na zawsze zawładnął jej sercem, był Adam Pawlikowski – starszy o kilkanaście lat aktor, muzykolog, powstaniec warszawski i jedna z najbardziej charyzmatycznych postaci ówczesnego środowiska artystycznego. To on przeszedł do historii kina słynną sceną podpalania kieliszków ze Zbigniewem Cybulskim w „Popiele i diamencie” Andrzeja Wajdy. Pawlikowski, obdarzony niezwykłą erudycją i nienagannymi manierami, prowadził jednak skomplikowane życie uczuciowe, w którym nie było miejsca na wyłączność dla młodziutkiej dziewczyny. Dla Tuszyńskiej ta relacja stała się źródłem niekończącej się udręki, zazdrości i rozpaczliwych prób zwrócenia na siebie jego uwagi.
Hrabina z Nowego Światu i małżeńskie gry
Rozpaczliwe próby sprowokowania ukochanego doprowadziły do wydarzeń, o których plotkowała cała powojenna Warszawa. W 1961 roku, pod wpływem impulsu i alkoholu, aktorka poślubiła hrabiego Jana Floriana Zamoyskiego. Ślub w urzędzie stanu cywilnego przy Nowym Świecie zorganizowano w pośpiechu, a przypadkowymi świadkami zostali taksówkarz oraz napotkany na ulicy grafik Stanisław Zagórski. Zaraz po złożeniu przysięgi panna młoda – odtąd żartobliwie nazywana „Hrabiną Tetetką” – pociągnęła nowo poślubionego męża wprost do kawiarni, w której przesiadywał Pawlikowski, by na własne oczy zobaczyć jego reakcję i szok.
Związek z hrabią Zamoyskim okazał się jednak krótkotrwałą farsą, która zakończyła się po zaledwie roku. Jak wspominał później sam Zamoyski, codzienność z Teresą była pasmem nieustannych poszukiwań żony po warszawskich lokalach i melinach, z których trzeba było ją siłą sprowadzać do domu. Motyw tego kuriozalnego małżeństwa posłużył nawet Jerzemu Stefanowi Stawińskiemu do stworzenia filmu „Rozwodów nie będzie”, w którym zresztą Tuszyńska zagrała samą siebie, osobiście ingerując w dialogi scenariusza.
Kolejny formalny związek, zawarty w 1962 roku z reżyserem dźwięku Włodzimierzem Kozłowskim, przetrwał niemal dekadę, lecz również nie przyniósł upragnionego ukojenia. Pawlikowski nigdy nie zniknął z orbity jej życia. Kiedy tylko wzywał, Teresa rzucała wszystko i pojawiała się u jego boku. Jej życie prywatne stawało się coraz bardziej chaotyczne, a destrukcyjny nawyk sięgania po alkohol zaczął nieodwracalnie wpływać na jej pracę. Głośnym echem odbił się incydent, w którym gwiazda uderzyła w twarz milicjanta po kłótni o brak pieniędzy na taksówkę – przed surowym wyrokiem uchroniła ją wówczas jedynie amnestia oraz wstawiennictwo znanych przyjaciół ze świata filmu.
Równia pochyła i przerwane więzi
Z biegiem lat alkohol przestał być jedynie ucieczką przed emocjonalnym bólem, a stał się niszczącym nałogiem, który bezlitośnie odbierał jej urodę, dyscyplinę i zaufanie reżyserów. Coraz częściej zdarzało się, że Tuszyńska nie stawiała się na porannych zdjęciach lub opuszczała plan bez uprzedzenia. W środowisku filmowym powoli zamykały się przed nią kolejne drzwi, aż telefon z propozycjami ról zamilkł na dobre. Gdy w 1976 roku Adam Pawlikowski odebrał sobie życie, wyskakując z okna warszawskiego mieszkania, w życiu artystki runął ostatni fundament stabilności.
W kolejnych dekadach Tuszyńska wycofała się niemal całkowicie z przestrzeni publicznej. W 1990 roku poślubiła robotnika budowlanego Jana Perzynę, dzieląc z nim skromne mieszkanie przy ulicy Górczewskiej. Niestety, w wir uzależnienia wciągnięta została również jej młodsza o dziewięć lat siostra, Wacława, dla której Teresa przez lata była niedoścignionym wzorem i życiową bohaterką. Wspólne życie w lokalu na Woli przerodziło się w ciąg awantur i interwencji służb porządkowych, zakończonych w 1994 roku tragiczną śmiercią Wacławy z powodu przedawkowania alkoholu. Zdruzgotana, obojętna na otaczający ją świat aktorka skwitowała tę stratę jedynie gorzkim stwierdzeniem, że siostra „umarła, bo piła”.
Sama Tuszyńska przeżyła siostrę zaledwie o niespełna trzy lata. Odeszła w samotności w 1997 roku, w wieku 54 lat, we własnym mieszkaniu, zasypiając po kolejnej dawce alkoholu. Mąż zniknął tuż po odebraniu dokumentów z sekcji zwłok, a sprawami pochówku musiał zająć się jej brat Bogdan. Śmierć dawnej gwiazdy przeszła w polskich mediach niemal bez echa. Spoczęła na Cmentarzu Północnym w Warszawie, gdzie na skromnej płycie nagrobnej wyryto nawiązanie do tytułu jej najsłynniejszego filmu: „Do widzenia, do jutra”.
Cena wolności i niezrozumianego talentu
Historia Teresy Tuszyńskiej pozostaje jedną z najbardziej poruszających i wielowymiarowych opowieści w dziejach powojennej polskiej kultury. Z perspektywy czasu jej losy jawią się nie tylko jako jednostkowa tragedia zmarnowanego potencjału, lecz także jako świadectwo zderzenia bezkompromisowej, wolnej osobowości z realiami epoki, która nie potrafiła zaoferować pomocy osobom zmagającym się z kryzysami psychicznymi i nałogami. Wybitny reżyser Kazimierz Kutz trafnie przyrównał ją niegdyś do przepięknego motyla, który wpadł w środowisko i czas zupełnie nieprzygotowane na jego obecność.
Tuszyńska pojawiła się w polskim kinie jak rozbłysk komety – zjawiskowa, bezczelna, niepoddająca się schematom i autentyczna w każdym geście. Jej dramat zmusza do refleksji nad cienką granicą między pragnieniem absolutnej wolności a powolnym osuwaniem się w samozagładę. Czy gdyby w kluczowym momencie swojego życia spotkała partnera zdolnego do odwzajemnienia jej bezgranicznego oddania, jej losy potoczyłyby się inaczej? A może jej magnetyzm i tragiczny finał były nierozerwalnie splecione z jej nieokiełznaną, nadwrażliwą naturą?