Wikingowie, którzy na zawsze zmienili polskie ziemie XI wiek

Wikingowie, którzy na zawsze zmienili polskie ziemie XI wiek

Rok 890. Drewniany statek z jednym żaglem przecina wody Bałtyku, mijając duńską Skanię i wyspę Bornholm. Na pokładzie stoi człowiek, którego imię zapisze się w historii polskich ziem na wieki, choć sam pewnie o tym nie ma pojęcia. Wulfstan, anglosaski żeglarz i prawdopodobnie dworzanin króla Alfreda Wielkiego, płynie z Hedeby na Półwyspie Jutlandzkim w kierunku, który na jego mapach kończy się białą plamą.

Siem dni i siedem nocy pod żaglem ze Słowiańszczyzną po prawej ręce. Cel podróży to miejsce o nazwie Truso, gdzieś w rejonie ujścia Wisły. Port, o którym krążą opowieści wśród skandynawskich kupców. Miejsce, gdzie spotykają się światy. Wulfstan tam dotrze, opisze to, co zobaczy. opis ziemię, które mija po drodze.

Opisze obyczaje Prusów zamieszkujących okolice Truso, ich rytuały pogrzebowe, ich organizację społeczną, a jego relacje król Alfred Wielki umieści w swoim przekładzie starożytnej choreografii Orozjusza, uzupełniając opis ówcześnie znanego świata o tereny między Renem a Wisłą, o których starożytny autor nie napisał ani słowa.

I przez następne 1000 lat ta krótka, enigmatyczna wzmianka będzie jedynym pisanym dowodem, że na przyszłych polskich ziemiach istniał port handlowy porównywalny z największymi ośrodkami wikińskiego Bałtyku. Potem wzmianka umknie w otchłań archiwów. Archeolodzy zaczną jej szukać dopiero w 18 stuleciu. Spory o lokalizację Truso będą ciągnąć się przez kolejne 200 lat i rozwiąże je dopiero młody człowiek na rowerze.

To jest historia wikingów, którzy na zawsze zmienili polskie ziemie i historia tego, jak dopiero za naszych czasów zaczęliśmy rozumieć, co tak naprawdę się tutaj wydarzyło. Zacznijmy od tego roweru. Wiosna 1981 roku. Marek Jagodziński, młody archeolog, który niedawno przeniósł się do Elblonga po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Warszawskim, jedzie rowerem wyścigowym marki Huragan w okolice Jeziora Dróżno.

Jest akurat na przepustce z wojska. Jedzie, bo pamięta słowa swojego profesora Jerzego Okulicza, który powtarzał, żeby zawsze uważnie przyglądać się terenom, przez które się przejeżdża. 10 km z Elblonga nad jezioro. Zsiada z roweru i przechodzi się po pobliskim polu w okolicach wsi Janów Pomorski, kilka kilometrów na południe od Elblonga i wtedy coś mu się rzuca w oczy.

Fragmenty ceramiki wyłaniające się z bród na zaoranym polu, błyszczące bryłki bursztynu, leżące na powierzchni ziemi na wschodnim brzegu jeziora Dróżno. Drobne fragmenty, które większość ludzi przeszłaby bez mrugnięcia okiem. Ale nie archeolog. Dla Jagodzińskiego to sygnał, jasny, czytelny sygnał, że może mieć do czynienia z reliktami dawnej osady.

Początkowo stanowisko datuje na wczesne średniowie i klasyfikuje jako osadę zamieszkaną przez społeczności zachodniobałtyjskie, czyli Prusów. Przez kilka kolejnych lat prowadzi tu systematyczne badania w ramach programu Archeologiczne Zdjęcie Polski. Pierwszy sondaż, potem kolejne wykopaliska. Z każdym sezonem obraz staje się coraz jaśniejszy.

Pod ziemią w Janowie Pomorskim kryją się fundamenty typowo skandynawskich długich domów. budowanych z drewna, charakterystycznych dla osadnictwa wikińskiego od Norwegii po Grenlandię. Zabudowa podzielona jest na część handlowo-portową, gdzie cumowały statki schodzące z jeziora dróżnorzeką Elblą do zalewu wiślanego i mieszkalną, w której osadnicy prowadzili codzienne życie.

broń, narzędzia, ozdoby w stylu, który archeolodzy znają doskonale z Birki w Szwecji i z Hedeby w Danii, a do tego importy, które mówią o sieciach handlowych rozciągających się na pół Europy i dalej, nadreńskie wino docierające tu ze Zachodu, angielska ceramika i arabskie srebro, monety z kalifatu Abbasydów, które dotarły tu szlakami handlowymi biegnącymi wzdłuż Wisły przez kontynent aż pobliski wschód.

Każdy przedmiot odkopany z ziemi w Janowie to ślad innego kupca, innej podróży, innego handlowego kontaktu. Jagodziński dokonał czegoś, o czym archeolodzy marzyli od 200 lat. Odnalazł truso, emporium, o którym napisał Wulfstan pod koniec stulecia. ni małą przybrzeżną osadę. Port handlowy, który pod względem rozmiaru i znaczenia porównywany jest dzisiaj z największymi ośrodkami wikińskiego Bałtyku, z duńskim Hedeby, głównym emporium skandynawskiego świata, z Birką na wyspie Biorke w Szwecji, z Wolinem na Pomorzu.

To było jedno z okien na świat wczesnego średniowiecza. Jedno z tych miejsc, w których krzyżowały się szlaki handlowe biegnące z dalekiej północy aż po Bizancjum. Ponad 20 sezonów wykopaliskowych prowadzonych od tamtej wiosny na rowerze dostarczyło tysięcy zabytków identyfikowanych z rzemiosłem wikińskim.

Prace gabinetowe trwają nieprzerwanie od 1981 roku. W inwentarzu, oprócz wyrobów typowych dla kultury materialnej mieszkańców Europy Północnej, znalazły się importy z terenów Anglii, nadreni i świata arabskiego. Styl życia mieszkańców Truso odbiegał od stereotypowego wyobrażenia o wikingach jako wyłącznie na jeźdźcach i piratach. Tutaj przede wszystkim handlowali i pracowali jako rzemieślnicy.

Przetwarzali bałtycki bursztyn, który w ówczesnym świecie ceniono na równi ze srebrem i który docierał stąd aż do Bliskiego Wschodu, gdzie arabscy kupcy płacili za niego monetami z Bagdadu i Damaszku. Odlewali biżuterie ze srebra i brązów w warsztatach, których ślady odsłoniły wykopaliska. Naprawiali łodzie w portowej części osady, tej samej, do której zawijały statki handlowe z całego Bałtyku.

Wyobraź sobie ten port w szczytowym momencie. Nabrzeże z drewnianymi pomostami, przy których kołyszą się wikińskie knarry, szerokie statki towarowe, zdolne pomieścić kilkanaście ton ładunku. W warsztatach bursztyniarskich rzemieślnicy toczą i szlifują kawałki żywicy drzew sprzed milionów lat, przekształcając je w koraliki i wisiorki, które trafią na szlaki handlowe od Birki po Konstantynopol.

W odlewniach topi się srebro z arabskich dirhamów, przerabiając monety na biżuterię w skandynawskim stylu. Mieszkańcy Truso żyli obok Prusów, bałtyjskiego ludu zamieszkującego okoliczne ziemie, tego samego ludu, którego obyczaje opisał Wulfstan w swojej relacji. Żyli też obok Słowian, których tereny rozciągały się na zachód od Wisły.

To było miejsce, gdzie trzy światy, skandynawski, bałtyjski i słowiański stykały się codziennie. W tym sensie truso przypominało inne wielkie emporia wikińskiego Bałtyku. Nie były to czysto skandynawskie osady. Były to miejsca wymiany, w których ludzie z różnych kultur żyli obok siebie, bo łączył ich wspólny interes, handel. Truso powstało pod koniec stulecia i funkcjonowało przez mniej więcej 200 lat aż do schyłku wieku X.

W szczytowym okresie osada zajmowała kilkanaście hektarów, co czyniło ją jednym z największych ośrodków osadniczych na południowym wybrzeżu Bałtyku. Dziś w środowisku uczonych panuje konsensus co do tego, że historyczne truso, o którym pisał Wulfstan, odkryto właśnie w Janowie koło Elbląga. To jedna z tych rzadkich sytuacji, gdy archeologia pozwala zweryfikować przekazy pisanych źródeł. Potem truso upadło.

Jego rolę przejął Gdańsk założony w drugiej połowie X wieku. Co dokładnie spowodowało koniec emporium, nie wiadomo na pewno. Być może to samo, co położyło kres wielu wikińskim ośrodkom na Bałtyku. Powstanie pierwszych państw wczesnofeudalnych i rosnące wpływy chrześcijaństwa, które zmieniały reguły gry w całym regionie.

Państwo Słowian zyskiwało na sile. Struktury plemienne ustępowały scentralizowanej władzy i w tym nowym porządku wieloetniczne, trudne do kontrolowania emporia traciły na znaczeniu. Ale truso było tylko jednym z wikińskich punktów na mapie polskich ziem. Na drugim krańcu wybrzeża 600 km na zachód ujścia Odry rozgrywała się historia, która wygląda jak scenariusz filmowy, a jednak oparta jest na źródłach pisanych.

i wykopaliskach archeologicznych Wolin. Wyspa i miasto, o których arabski podróżnik Ibrahim ibn Jakub napisał jako o wielkim mieście nad oceanem, czyli morzem bałtyckim. Jedno z największych wczesno-średniowiecznych skupisk ludzkich na południowym Bałtyku z ludnością liczoną prawdopodobnie w tysiącach.

słowiański gród z portami, rzemieślniczymi warsztatami i obroną, który na przełomie 10 i 11 stulecia stał się areną jednej z najdziwniejszych koegzystencji w polskim średniowieczu. Pod koniec X wieku Wolin trafił w ręce wikingów. Według skandynawskich sag, przede wszystkim XIwiecznej Joms wikinga Sag, wikingowie założyli tu ufortyfikowane miasto znane jako Jomsborg, a w nim stacjonowała drużyna wojowników, których Europa zapamiętała jako joms wikingów.

Kim byli? X3wieczna knytlinga saga opisuje to wprost. Król posiadał rozległe terytorium w kraju Słowian, gdzie założył Jomsborg i ulokował tam dużą grupę zbrojnych, którym dał zapłatę i pewne prawa. Oni zarządzali tym krajem pod jego zwierzchnictwem, a lato spędzali na wojennych wyprawach. Zimą zaś kwaterowali w grodzie.

Byli znani jako jomsikingowie. Brzmi jak fikcja literacka. Bractwo wojowników żyjących według surowego kodeksu w twierdzy ujścia Odry, do której nie wolno było wpuszczać kobiet. Drużyna, do której nie przyjmowano nikogo poniżej 18 i powyżej 60 roku życia. Miejsce, gdzie wojom nie wolno było samodzielnie cofać się z pola walki, gdzie nie mogli posiadać prywatnego majątku, a we wszystkich sprawach oddawali się woli jarla.

Potężna siedziba i sprawna organizacja miały gwarantować sukcesy w corocznych wyprawach łupieskich. Ale fikcja to nie jest, a przynajmniej nie w całości. Saga o Jomsikingach opisuje scenę, w której kilkudziesięciu schwytanych wojowników z Jomsborga prowadzonych jest na ścięcie toporem.

Idąc na śmierć, Jomsikingowie śmieją się i szydzą ze swoich oprawców. Dwóch z nich zakłada się między sobą o to, czy człowiek po odcięciu głowy jeszcze coś czuje. Historyk może kwestionować szczegóły, bo saga została spisana ponad 200 lat po wydarzeniach. Ale sam obraz mówi coś o tym, jak ją sikingowie chcieli być zapamiętani i jaka reputacja ich otaczała na Bałtyku i daleko poza nim.

Badania archeologiczne na wyspie Wolin trwają od lat 30. XX wieku. Odkryte groby, artefakty, narzędzia i biżuteria dostarczają dowodów na intensywną obecność skandynawską w tym miejscu. Doktor Wojciech Filipowiak, który kierował wieloma sezonami wykopalisk, przekazał, że udało się zlokalizować ślady ufortyfikowanego osiedla z ośrodkiem handlowym.

Badacze natrafili na pozostałości drewnianego pomostu. Potężne fortyfikacje i zabytki o jednoznacznie skandynawskiej proweniencji. Zabytki, które Błażej Stanisławski z Instytutu Archeologii i Etnologii Pan we Wrocławiu klasyfikował jako sztukę wikińską z Wolina ze zdobnictwem charakterystycznym dla nordyckiego stylu Ringerike i urnes.

Kto kontrolował Jomsborg? Wszystko wskazuje na Haralda Sinoego, króla Danii, postać kluczową dla historii całej Skandynawii. To on zaprowadził w Danii chrześcijaństwo. To on scentralizował duńskie państwo i rozszerzał swoje wpływy na Norwegię i na południowe wybrzeże Bałtyku. To on według przekazów ustalał wielkość i skład załogi stacjonującej w Jomsborgu, ale polityka na Bałtyku w 10 stuleciu była tak skomplikowana jak szachowa partia rozgrywana jednocześnie na kilku planszach.

Harald Sino Zęby prowadził ambitną politykę wobec cesarstwa rzymskiego narodu niemieckiego, które dążyło do ekspansji nad Bałtykiem. Jednocześnie musiał kontrolować własnego syna Słena Widłobrodego, który w końcu zbuntował się, obalił ojca i przejął tron. Co stało się z Haraldem po obaleniu? Niemiecki kronikarz Adam z Bremy zanotował, że raniony w bitwie Harald uciekł do słowiańskiego miasta Wolin. To ważny szczegół.

Według Adama z Bremy Wolin w tamtym momencie należał do Słowian, nie do wikingów. Ale skoro Harald uciekał właśnie tam, to kontakty wikingów z tym miastem musiały być stałe i bliskie. I w samym środku tej rywalizacji stoi jeszcze jeden gracz. Mieszko i książę Polski. 22 września 967 roku Mieszko stoczył bitwę z Wiczmanem, saskim awanturnikiem i z Wolinianami.

Zwycięstwo polskiego księcia zapewniło mu hegemonię nad Pomorzem Zachodnim. Wichman poległ. Awolin z wszystkimi swoimi portami, warsztatami i fortyfikacjami znalazł się w orbicie piastowskich wpływów. To był moment, w którym losy polskiego państwa i wikińskich wojowników splotły się na dobre, bo Mieszko nie zniszczył Wolina, nie wypędził Skandynawów, wykorzystał ich.

Kilka dekad później jego syn, Bolesław Chrobry odziedziczył to dziedzictwo i poszedł o krok dalej. Według jednej z islandzkich sak wikingowie z 30 długimi łodziami wylądowali na wyspie Wolin i porozumieli się z władcą tego kraju. Uzyskali prawo osiedlenia w zamian za obronę polskich granic. Skandynawskie źródła nadały Bolesławowi przydomek, który mówi sam za siebie.

Burislaw winda Konung, Bolesław, król Słowian. To zdumiewające zderzenie światów. Z jednej strony chrześcijański władca budujący polską państwowość, jeden z najpotężniejszych monarchów w ówczesnej Europie środkowej, z drugiej skandynawscy najemnicy, jeszcze częściowo pogańscy, których lojalność kupowano srebrem i ziemią. Ale właśnie tak wyglądała polityka wczesnego średniowiecza.

Sojusze zawierano ponad podziałami etnicznymi i religijnymi. Liczyła się siła militarna, kontrola nad szlakami handlowymi i zdolność do szybkiego reagowania na zagrożenia. Jomsikingowie odcisnęli piętno nie tylko na polskich ziemiach, ale na kluczowych wydarzeniach w historii całej Skandynawii. W roku 999 lub ty wzięli udział w słynnej bitwie pod Swold, jednym z najważniejszych starć morskich wczesnego średniowieza.

Siły norweskie pod wodzą króla Olafa Trygwasa, poniosły tam porażkę w walce ze sprzymierzonymi flotami Danii i Szwecji. Jomsikingowie mieli początkowo wesprzeć króla Norwegii, ale na początku bitwy zmienili stronę. Tak przynajmniej opisuje to islandzki Bart Snorry Sturluson, choć pisał o tym ponad 100 lat po fakcie.

Zdrada Joms wikingów przyczyniła się do klęski Norwegów, którzy odtąd przestali być liczącym się graczem w regionie Bałtyku. Sam Jomsborg przetrwał do 11 stulecia. Upadł po najazdach między innymi Magnusa i dobrego. Ale przez kilkadziesiąt lat istnienia ta twierdza na polskim wybrzeżu była jednym z najważniejszych ośrodków wikińskiej siły militarnej na południowym Bałtyku.

Dzisiaj na wyspie Wolin działa centrum Słowian i Wikingów, a co roku odbywa się tam festiwal Słowian i Wikingów. Jedno z największych tego typu wydarzeń w Europie, które przyciąga tysiące rekonstruktorów i widzów. Wikińskie namioty rozbijają się na tych samych łąkach, na których 1000 lat temu stały drewniane palisady Jomsborga.

Miecze brzmią dalej, choć już tylko w inscenizacjach. Ale ziemia pod stopami uczestników kryje prawdziwe ślady prawdziwych wojowników. Ślady, które archeolodzy nadal wydobywają i badają. Zostańmy przy pierwszych piastach, bo to w ich armii wikingowie znaleźli swoje najtrwalsze miejsce na polskich ziemiach.

Kiedy Ibrahim ibn Jakub, kupiec żydowskiego pochodzenia z arabskiej Hiszpanii, zarabizowany Żyd Tortosy, odwiedził Europę środkową około 965 roku, zostawił potomnym jedną z najcenniejszych zapisek o wczesno-piastowskim państwie. Ibrahim podróżował szlakami handlowymi przez Pragę i dalej na północ, obserwując i opisując kraje, których istnienie na zachodzie Europy ledwo znano.

Opisał armię Mieszka Iwego w sposób, który do dziś budzi podziw historyków wojskowości. Pobierane przez Mieszka podatki stanowią odważniki handlowe i idą na żołd jego mężów. Co miesiąc przypada każdemu z nich oznaczona ilość. Ma on 3000 pancernych podzielonych na oddziały, a setka ich znaczy tyle co 10 secin innych wojowników.

3000 pancernych. Zawodowa drużyna regularnie opłacana z podatków w czasach gdy większość europejskich władców polegała na pospolitym ruszeniu ludności chłopskiej. To była siła, z którą liczyli się sąsiedzi na każdym kierunku. I tu dochodzimy do pytania, które od dziesięcioleci elektryzuje polskich historyków i archeologów.

Kim byli ci wojownicy? Czy wśród 3000 pancernych mieszka byli wikingowie? Badania archeologiczne odpowiadają na to pytanie jasno. Tak, byli. Na terenie wczesnopiastowskiego państwa odkryto wiele grobów z bronią i wyposażeniem o jednoznacznie skandynawskich cechach. Miecze typów znanych z Norwegii i Danii, groty włóczni w nordyckim stylu, ozdoby, które mają bliskie analogie w znaleziskach Zbirki i Gotlandii.

Wikingowie służyli jako najemnicy w wojsku pierwszych Piastów, podobnie jak w wielu innych ówczesnych armiach europejskich, od anglosaskiego łesek po Bizancjum, gdzie skandynawscy wojownicy tworzyli słynną gwardię wareską. Ale to nie wszystko. W latach 60 i 70 stulecia na polskich ziemiach dokonała się gruntowna przebudowa systemu obronnego.

Zniszczono większość starych grodów w Wielkopolsce, na Kujawach i Zachodnim Mazowszu. W ich miejsce według zgóry ustalonego planu zbudowano nowe warownie. Wszystkie te nowe twierdze budowane były w charakterystycznej technice nieznanej wcześniej na polskich ziemiach. technice, która przypomina duńską warownię Treleborg, okrągłe fortyfikacje Haralda Sinoego, jedne z najbardziej rozpoznawalnych budowli wikińskiego świata.

Czy to znaczy, że skandynawscy inżynierowie projektowali polskie grody? Nie wiemy tego na pewno, ale zbieżność technik budowlanych jest uderzająca i trudno ją wytłumaczyć przypadkiem. Na Wolinie Piastowie budowali umocnienia w technice tak zwanych wałów hakowych, których wewnętrzną konstrukcję stanowiły skrzynie z belek wypełnionych gliną, technice rozpoznawalnej jako piastowski znak rozpoznawczy.

Ale plan ogólny tych nowych twierdz, ich rozmieszczenie, kształt i logika obronna, to wszystko nosi ślady wiedzy, która na polskich ziemiach wcześniej nie istniała. Ktoś, kto znał skandynawskie metody fortyfikacji, albo przynajmniej miał z nimi bezpośredni kontakt, pracował przy wznoszeniu nowych warowni na polskich ziemiach w drugiej połowie 10 stulecia, a bliskie koligacje dynastyczne mieszka z rodami normańskimi mogły ten transfer wiedzy ułatwiać.

Najspektakularniejszym dowodem na obecność skandynawskiej elity wojowniczej w młodym państwie Piastów jest cmentarzysko odkryte w Bodzi na Kujawach. Na te nekropole natrafiono przypadkiem. W 2007 roku podczas ratowniczych prac archeologicznych poprzedzających budowę autostrady, A1, ekipa z Poznańskiego Instytutu Archeologii i Etnologii Polskiej Akademii Nauk, kierowana przez doktor Iwonę Sobkowiak Tabake natrafiła na zboczu polodowcowej skarpy na kilka pierwszych grobów.

To, co potem odkopano w ciągu trzech sezonów wykopaliskowych zaskoczyło nawet doświadczonych badaczy. 50 pochówków w typie grobów komorowych. Groby datowane na drugą połowę 10 i pierwszą połowę 11 stulecia rozplanowane w czterech rzędach na niewielkim wyniesieniu w pradolinie Wisły. To jedyne znane dotąd cmentarzysko tego typu z obszaru Polski i jedno z nielicznych w całej Europie.

Typ pochówku, bogactwo wyposażenia i staranność wykonania wskazują na ludzi o najwyższym statusie społecznym. W grobach męskich znaleziono broń, którą Michał Kara z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN określił jako elitarną bez zastrzeżeń. Miecz w typie skandynawskim typu z według klasyfikacji norweskiego badacza Jana Petersena z głowicą rękojeści inkrustowaną srebrem.

To broń ceremonialna, ale w pełni funkcjonalna. Obok niego langsaka, czyli długi nóż bojowy, jednosieczny miecz, który w strefie słowiańskiego osadnictwa jest unikatem, za to typowy dla skandynawskich wojowników w epoce wikingów. Czekana w typie znanym wśród ludów koczowniczych Eurazji i brązową wagę szalkową, instrument kupca i handlarza, która ma ścisłe analogie ze znaleziskami Zbirki i Gotlandii.

52 monety odkopano na cmentarzysku, 11 całych i 41 fragmentów. Praktyką wikińskich kupców było cięcie monet na kawałki, bo w handlu na szlakach bałtyckich liczył się ciężar srebra, nie nominał monety. Ta sama praktyka widoczna jest w skarbach wikińskich odkrywanych w całej strefie Bałtyku od Gotlandii po Anglię.

Bogata biżuteria, elementy stroju, spinki i okucia. A na pasie jednego z wojowników znaleziono coś, co zelektryzowało badaczy. Na końcówce pasa młodego mężczyzny pochowanego razem z kobietą w grobie oznaczonym jako E864 odkryto tamgę. Tam to znak rodowy, używany przez elity Europy Wschodniej i stepowej.

I ta konkretna Tangga wskazuje na powiązania prawdopodobnie z dynastią Rurykowiczów, władców Rusi Kijowskiej. Miecz skandynawski. Tam Rurykowiczowska w grobie na Kujawach przy szlaku wiślanym, który łączył Bałtyk z Bizancjum. Analizy izotopów strontu w kościach pochowanych osób potwierdziły, że wielu z nich nie pochodziło z okolic bodzi. Byli przybyszami.

Niektórzy ze Skandynawii, inni z Rusi jeszcze inni z terenów Europy Zachodniej. Wielokulturowa elita osiadła na polskich kujawach w czasach formowania się państwa polskiego przy handlowym szlaku wiślanym w pobliżu bogatych złóż solankowych, które od wieków przyciągały ludzi w ten rejon. Profesor Andrzej Buko, redaktor naukowy monografii Obodzi wydanej przez prestiżowe wydawnictwo Brill podsumował to tak.

Na cmentarzysku pochowani zostali członkowie świeckiej elity państwa polskiego z czasów Bolesława Chrobrego. Niezwykli osadnicy, nieprzypadkowi kupcy, ludzie z najwyższych kręgów władzy i wpływów. Pomyśl o tym przez chwilę. Autostrady buduje się co roku. Wykopaliska ratownicze przed budową to standardowa procedura.

A mimo to nikt nie spodziewał się czegoś takiego pod ziemią na Kujawach. 50 grobów elity z samych początków polskiego państwa z bronią, która łączy Skandynawię, Ruś i stepy Eurazji. Gdyby nie budowa autostrady A1, te groby mogły leżeć pod ziemią jeszcze przez kolejne stulecia. To rodzi pytanie, ile jeszcze takich miejsc czeka na odkrycie pod polskimi polami i miastami? To odkrycie zmieniło sposób, w jaki patrzymy na początki polskiego państwa.

Obraz, który wyłania się z badań jest złożony, fascynujący i daleki od podręcznikowych uproszczeń. Wikingowie na polskich ziemiach to nie była marginalna obecność. To nie byli przypadkowi żeglarze, którzy zabłądzili na polskie wybrzeże podczas rejsu po Bałtyku. Pierwsza fala skandynawskiej obecności na polskich ziemiach przypada na przełom i 9 stulecia.

To wtedy powstaje truso nad jeziorem Dróżno. Wikińskie łodzie zawijają do portów i faktorii handlowych wzdłuż całego Pomorza. Powstają osady w Burdach, Świelubiu nad Parsentą, w Menęclinie nad Pianą, W Ralstwiek na Rugi, w Dierkow nad Warnową. Szczecin, którego najstarsze ślady osadnictwa, a także obecności skandynawskiej datowane są na przełom sió i ó stulecia, jest częścią tej samej sieci, ale ta wczesna obecność ogranicza się do wybrzeża.

Wikingowie trzymają się portów i emporiów. handlują, ale nie wchodzą w głąb lądu. Nie odgrywają jeszcze roli politycznej w kształtowaniu struktur władzy na przyszłych polskich ziemiach. To zmienia się radykalnie w drugiej połowie 10 stulecia, kiedy państwo piastowskie jest już faktem. Od lat 80. X wieku grupy skandynawskie zaczynają penetrować wnętrze polskich ziem.

Pojawia się skandynawska broń w wielkopolskich grobach. Grody w nowych technikach rosną w sercach dawnych terytoriów plemiennych i właśnie te grupy, jak wykazał archeolog Michał Kara, rozsiały po Polsce zabytki, na które powoływali się potem zwolennicy teorii o skandynawskim pochodzeniu Piastów. Tu trzeba postawić sprawę jasno, bo ten temat budzi emocje od lat.

Kiedy wikingowie pojawili się w centrum polskich ziem, państwo piastowskie już istniało. Materiałów starszych nie znaleziono. Mieszko nie był wikingiem. Piastowie nie wywodzili się ze Skandynawii. Polska nie została stworzona przez wikingów wbrew temu, co sugerowały niektóre kontrowersyjne teorie, jak ta przedstawiona w książce Zdzisława Skroka.

Natomiast wikingowie odegrali w młodym państwie Piastów rolę, która jest trudna do przecenienia. Służyli jako najemnicy w armii, wnosząc umiejętności militarne wypracowane w dziesięcilech wojen po całej Europie. dawali dostęp do sieci handlowych rozciągających się od Bałtyku po Bizancjum. Budowali grody w technikach znanych ze Skandynawii.

Stanowili część wielokulturowej elity, która pomagała pierwszym Piastom administrować rosnącym państwem. To jest mechanizm, który historycy obserwują wszędzie tam, gdzie pojawiali się wikingowie. Tam, gdzie przypływały ich łodzie, lokalne społeczności musiały się zorganizować albo zginąć. W Anglii najazdy wikingów doprowadziły do konsolidacji anglosaskich królestw.

Na Rusi wareskie drużyny dały początek dynastii Rurykowiczów i strukturą pierwszego wschodniosłowiańskiego państwa. We Francji normańskie najazdy przeobraziły strukturę władzy i doprowadziły do powstania Normandii. Na polskich ziemiach obecność wikingów przyspieszyła przejście od organizacji plemiennej do struktur państwowych.

Nie dlatego, że wikingowie budowali polskie państwo za Słowian. Raczej dlatego, że kontakt z nimi, rywalizacja z nimi, a w końcu współpraca z nimi zmuszały do konsolidacji, centralizacji i profesjonalizacji armii. Jest jeszcze jeden wątek, który zamyka te histori w nieoczekiwany sposób. W pierwszej połowie X stulecia po śmierci Bolesława Chrobrego w 1025 roku młode państwo polskie wpadło w kryzys, który niemal je zniszczył.

Synowie Chrobrego walczyli o władzę. Besrym i Ott sprzymierzyli się z obcymi władcami przeciwko swojemu bratu Mieszkowi II. W 1031 roku Konrad II, władca Niemiec, ruszył na Polskę od zachodu, a jednocześnie Jarosław Mądry, książę kijowski uderzył od wschodu. Mieszko II nie miał wystarczających sił, by bronić obu granic naraz. Rozłożył swoje oddziały na dwóch rubieżach kraju, oddalonych od siebie o niemal 800 km.

obstawił każdy potencjalny punkt zapalny ogołacając z garnizonów centrum państwa. Na niewiele się to zdało. 16 września 1031 roku Konrad na czele armii opuścił Belgern nad Łabą i ruszył w stronę Budziszyna. Siły mieszka unikały konfrontacji. W kronikach nie wspomina się o żadnej wielkiej bitwie. Polacy cofali się aż do granic Śląska.

Rusowie uderzyli na Bełs i zajęli gród bez większego oporu. Mocarstwo, które Chrobry budował przez ćwierć stulecia, rozpadało się w ciągu miesięcy. Skandynawskie pieśni Skaldów odnotowały to jednym zdaniem. Nie było lekkie dla lechitów prawo wojny. I właśnie w tym chaosie na polskich ziemiach pojawiła się kolejna fala przybyszów ze Skandynawii.

Waregowie ze wschodu, drużynicy powiązani z Rusią Kijowską, którzy trafili do Polski prawdopodobnie w wyniku wypraw kijowskich Chrobrego jako ochrona uciekającego ze wschodu świętopełka, ale też jako najemnicy szukający nowego pracodawcy w rozchwianej politycznie Europie środkowej. Ich ślady archeologiczne widać na cmentarzysku w Lutomiersku pod Łodzią datowanym na X stulecie, a także wśród późniejszych pochówków w samej Bodzi.

Dla tych wojowników ze skandynawskimi mieczami i ruskim srebrem w Sakwach Polska była szansą na nowe życie w służbie nowej dynastii. Szansą na ziemię, żołdzycje w państwie, które wciąż potrzebowało doświadczonych żołnierzy. Nie pierwszą taką szansą w życiu wikinga. Nie ostatnią. Skandynawscy wojownicy od pokoleń szli tam, gdzie srebro i możliwości.

Od Konstantynopola po Dublin, od Noworodu po Normandię, ale na polskich ziemiach zostawili ślady trwalsze niż gdziekolwiek indziej w tej części Europy. Co ciekawe, koniec wikińskiej epoki na polskich ziemiach nie przyszedł gwałtownie. Nie było żadnego dramatycznego wygnania ani bitwy, która by zakończyła skandynawską obecność.

Wikingowie po prostu rozpłynęli się w polskim społeczeństwie. Ich potomkowie przyjęli chrześcijaństwo. Ożili się ze słowiankami. Ich dzieci mówiły po słowiańsku. W ciągu dwóch, trzech pokoleń to, co skandynawskie zostało wchłonięte przez to, co polskie. Pozostały tylko groby, broń i biżuteria pod ziemią, czekając cierpliwie na archeologów z przyszłości.

To jest historia, którą Ziemia dopiero zaczyna opowiadać. Każde nowe wykopaliska przynoszą odkrycia, które zmieniają obraz tamtej epoki. Emporium nad jeziorem Dróżno, odkryte dzięki przejazdowi rowerowemu młodego archeologa, twierdza na wyspie Wolin, wyłaniająca się z warstw sak i śladów drewnianych palisad. Elitarne groby na Kujawach, które przypadkiem odsłoniła budowa autostrady.

Cmentarzysko w Bodzi jest tego najlepszym symbolem. Ludzie pochowani na tej nekropolii nie byli ani czysto skandynawscy, ani czysto słowiańscy. Byli czymś nowym. Wielokulturową elitą młodego państwa, w której Skandynawowie, Rusowie i Słowianie żyli obok siebie, handlowali razem, walczyli w tych samych oddziałach i chowali swoich zmarłych na jednym cmentarzu.

Paradny miecz obok tanggi rurykowiczowskiej, langsak obok wagi szalkowej z Gotlandii, w grobie na polskich Kujawach, przy wiślanym szlaku handlowym łączącym Bałtyk z Bizancjum. To jest obraz polskich ziem 1000 lat temu. Obraz daleki od podręcznikowych uproszczeń o jednolitych etnicznie plemionach i czysto słowiańskich początkach państwa.

Obraz świata bardziej połączonego, bardziej wielokulturowego i bardziej skomplikowanego niż zwykliśmy sobie wyobrażać. Wikingowie nie stworzyli Polski, ale zostawili na polskich ziemiach ślady tak głębokie, że dopiero teraz dzięki pracy archeologów takich jak Jagodziński, Filipowiak czy Kara, zaczynamy je w pełni odczytywać.

A zaczęło się wszystko od siedmiodniowego rejsu pod żaglem opisanego na dworze anglosaskiego króla i od roweru Huragan na polnej drodze pod Elbląiem 1000 lat później.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

Recommended for You

View Archive arrow_forward