Dlaczego Trumna Jana Pawła II Została Otwarta Po Jego Śmierci

W 2011 roku, 6 lat po śmierci Jana Pawła II, kilkunastu kardynałów zebrało się o świcie w podziemiach bazyliki Świętego Piotra. Nikt ich nie fotografował, nikt nie transmitował tej chwili na żywo. W ciszy watykańskich grod przy blasku nielicznych świec, specjalny dźwig powoli unosił z ziemi coś, czego nie ruszano od sściu lat.

Trumna, zamknięta, zapieczętowana, owinięta czerwonymi wstęgami z pieczęciami kamery apostolskiej, wyłaniała się ze swojego miejsca spoczynku jak coś, co nie powinno być niepokojone. Kardynał Stanisław Dziwisz, który przez 40 lat stał u boku Karola Wojtyły, który trzymał go za rękę w nocy zamachu, który przyjmował jego ostatnie błogosławieństwo, który zamknął mu oczy w chwili śmierci, patrzył na to w milczeniu.

powiedział potem tylko jedno zdanie. Nie da się opowiedzieć i z jakim wzruszeniem uczestniczyłem w tym akcie, ale dlaczego w ogóle to zrobiono? Dlaczego człowiek pochowany z najwyższymi honorami, złożony w trzech trumnach, zapieczętowany watykańskim ołowiem, musiał po sześciu latach zostać wydobyty z ziemi? Dlaczego kościół, instytucja zbudowana na wierze, nie na dowodach, potrzebował czegoś więcej niż pamięci milionów wiernych, którzy po śmierci papieża krzyczeli na placu świętego Piotra: “Santo subito! Święty natychmiast”. Odpowiedź na to pytanie

wymaga cofnięcia się nie tylko do dnia śmierci Jana Pawła II, ale znacznie dalej, do pewnego majowego ranka w małym polskim miasteczku, gdy przez otwarte okno kościoła dobiegał śpiew litanii loretańskiej, a na świat przychodził chłopiec, którego matka wiedziała, że może go nie przeżyć. Wadowice 18 maja 1920 roku.

Emilia Wojtyłowa wiedziała, że ryzykuje życiem. Lekarze powiedzieli jej to wyraźnie. Jej serce i nerki były zbyt słabe. Ciąża była zagrożeniem, jakiego medycyna tamtych czasów nie umiała kontrolować. Rok wcześniej straciła noworodkę, córkę Olgę. Dziewczynka żyła zaledwie 16 godzin, a mimo to Emilia odmówiła. Nie chciała pozbywać się dziecka.

Była to decyzja prosta i absolutna, podjęta bez wahania, zakorzeniona w wierze tak głębokiej, że żaden argument medyczny do niej nie trafił. Kiedy narodził się Karol Józef Wojtyła, przez otwarte okna dobiegał dźwięk kościelnych dzwonów. Jego ojciec, emerytowany porucznik wojska polskiego, człowiek małomówny, surowy, z silnie rozwiniętym poczuciem obowiązku, natychmiast zabrał syna do pobliskiego kościoła, żeby zanurzyć mu nogi w wodzie czerpanej u stóp obrazu Matki Bożej.

Był to gest cio, który w Wadowicach miał swoje znaczenie. Oddanie dziecka pod opiekę czegoś wyższego, zanim życie zdąży je zranić, zraniło szybko. Karol miał 9 lat, gdy umarła jego matka. Emilia Wojtyłowa, ta sama kobieta, która wybrała życie dziecka zamiast swojego własnego, odeszła 13 kwietnia 1929 roku w wieku 45 lat.

Diagnoza brzmiała sucho, zapalenie serca i nerek. Ojciec był tak wstrząśnięty, że nie potrafił sam powiedzieć synowi o jej śmierci. poprosił nauczycielkę, żeby to zrobiła. Mały Lolek, bo tak mówiono na niego w domu, nie zapłakał publicznie. Sąsiedzi i nauczyciele wspominali, że był potem bardzo skupiony, bardzo cichy, jakby zrozumiał coś, czego dzieci w jego wieku nie powinny jeszcze rozumieć.

Po pogrzebie ojciec zabrał go do sanktuarium Matki Bożej Kalwaryjskiej. modlili się razem i i ten obraz, surowy wojskowy i dziewięcioletni chłopiec, klęczący razem przed obrazem, szukający ciszy i pociechy tam, gdzie nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia dla bólu, jest być może kluczem do zrozumienia wszystkiego, co nastąpiło później. Ale los nie skończył na tym.

Trzy lata po śmierci matki Karol miał 12 lat, gdy umarł jego starszy brat Edmund. Edmund był lekarzem, młodym, zdolnym, lubianym przez wszystkich. Pracował w szpitalu w Bielsku. Był typem człowieka, który nie odmawia potrzebującym, nawet wtedy, gdy powinien odmówić dla własnego dobra.

Zaraził się szkarlatyną od pacjentki, przy której czuwał dzień i noc, gdy nikt inny nie chciał siedzieć przy jej łóżku. Miał 26 lat. Umarł 4 grudnia 1932 roku. Jan Paweł II wspominał potem, że śmierć brata wyryła się w jego sercu chyba nawet głębiej niż matki. Przy Edwardzie stracił nie tylko kogoś bliskiego.

Stracił towarzysza, wzorzec, okno na szerszy świat. Z całej rodziny zostali tylko oni dwaj, ojciec i syn. sami przy wigilijnym stole w mieszkaniu, po którym snuły się cienie tych, których nie było. Nie ma żadnych zapisków z tego okresu, które pokazywałyby, żeby Karol Wojtyła kiedykolwiek zbuntował się przeciwko Bogu.

Żadnego krzyku w nocy, żadnej odmowy modlitwy, żadnego filozoficznego protestu. To, co się działo, było inne i głębsze. Przekształcenie bólu w coś, co mogło być udźwignięte tylko w ramach wiary. Ojciec modlił się na kolanach w środku nocy. Karol budził się czasem i widział go w tej pozycji. Nie mówili ze sobą dużo, ale ten obraz klęczący mężczyzna w ciemnym pokoju sam ij po stracie wszystkiego mówił więcej niż 1000 słów.

Karol Wojtyła wyrósł na człowieka, który nie pyta Boga dlaczego, który przyjmuje cierpienie nie jako dowód nieobecności Boga, ale jako część jakiegoś planu, którego nie musi rozumieć. To nie było naiwne. To było coś znacznie trudniejszego. Świadoma, dojrzała decyzja, żeby żyć bez pewności, że wszystko jest sprawiedliwe i żeby te decyzje odnawiać każdego dnia.

Kiedy w lutym 1941 roku umarł też ojciec, Karol miał 21 lat, pozostał całkowicie sam. Wszyscy, których kochał, odeszli zanim skończył studia. Matka, siostra, brat, ojciec. był jedynym ocalałym ze swojej rodziny, a wokół niego trwała wojna. Kraków był pod okupacją. Jego żydowscy przyjaciele ze szkolnych lat jeden po drugim znikali.

Niemcy rozstrzeliwali na ulicach. W tym samym roku, nie kilka miesięcy po śmierci ojca, Karol Wojtyła zdecydował się wstąpić do seminarium duchownego. Nie było to prost. Seminaria działały w konspiracji. Wstępując ryzykował się aresztowaniem. Ale ta decyzja podjęta w środku nocy okupacji po utracie wszystkich bliskich mówi coś fundamentalnego o tym człowieku, że to właśnie w chwilach, gdy wiara wymagała największej ceny, on pogłębiał ją, a nie porzucał.

Nie szukał dowodów, nie potrzebował gwarancji. Żył wiarą, jak żyje się powietrzem. Nie dlatego, że ktoś udowodnił mu jej słuszność, ale dlatego, że bez niej nie umiałby oddychać. Tę postawę zabrał ze sobą przez całe życie, przez kapłaństwo w powojennym Krakowie, przez lata jako biskup, gdy walczył z komunistycznym reżimem o prawo wiernych do religii, przez pontyfikat, gdy stał się jednym z najpotężniejszych głosów moralnych XX wieku.

Za i przez zamach na placu Świętego Piotra 13 maja 1981 roku, gdy kula Ali Akcy przebiła jego ciało, a Jan Paweł II przewieziony do szpitala z otwartą raną poprosił o różaniec. i zaczął się modlić, zanim lekarze zdążyli go uśpić przed operacją. Potem, gdy już wyzdrowiał, odwiedził akc w celi. Siedział z nim naprzeciwko siebie twarzą w twarz.

Rozmawiał z nim jak z człowiekiem, nie jak z przestępcą i wybaczył mu publicznie i prywatnie. To nie był gest polityczny. To było coś głębszego. Konsekwencja całego życia spędzonego na przekonaniu, że miłosierdzie jest ważniejsze niż sprawiedliwość. Ten człowiek, ten konkretny, złożony, zdumiewający człowiek po śmierci miał stać się przedmiotem najchłodniejszego, najbardziej biurokratycznego procesu, jaki Kościół katolicki w ogóle prowadzi.

Procesu, w którym wiara nie wystarczy, w którym trzeba dowodów. 2 kwietnia 2005 roku, godzina 21:37, apartament Papieski w Pałacu Apostolskim. Cisza przerywana tylko śpiewem dobiegającym z placu świętego Piotra, gdzie ponad 100 000 ludzi modliło się na różańcu. Na łożu, człowiek, który przez 27 lat był głową kościoła katolickiego, człowiek, który uściskał miliardy rąk, który latał na wszystkie kontynenty, który wytrzymał zamach, tortury, choroby Parkinsona i dziesiątki operacji, leżał zupełnie nieruchomo. Na piersiach miał szkaplerz

i złoty krzyż z relikwiami świętych. Na ręce posiniaczonej od licznych nakłóć igłami trzymał różaniec. Wcześniej tego dnia, gdy jeszcze mógł mówić, poprosił, żeby czytano mu Ewangelię świętego Jana. Wieczorem poprosił o mszę przy jego łóżku. Przyjął kilka kropel Eucharystii. Około godziny 15:30 na słabym głosem wypowiedział ostatnie słowa swojego pontyfikatu: Pozwólcie mi iść do domu ojca.

O godzinie 19:00 stracił przytomność. Monitor wykazał postępujący zanik funkcji życiowych. Osobisty lekarz, doktor Renato Buzonetti stwierdził śmierć o 21:37. Zgodnie z watykańskim protokołem elektrokardiogram wyłączono dopiero po 20 minutach. W pokoju byli obecni arcybiskup Stanisław Dziwisz, który towarzyszył mu przez 40 lat jako sekretarz.

Ksiądz profesor Tadeusz Styczeń, jego uczeń z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, trzy polskie siostry sercanki, które codziennie opiekowały się papieskim apartamentem i kilku lekarzy. Za oknem tłum śpiewał i czuwał. Na placu zapadła głucha cisza, potem dzwony. Najpierw w Watykanie dzwon śmierci, który Włosi nazywają Campanone de la Morte.

Potem w kościołach całego Rzymu potem w Polsce, gdzie dzwon Zygmunta na Wawelu bił przez 25 minut, a na ulicach polskich miast ludzie klękali i płakali. Dzień po śmierci papieża na placu Świętego Piotra pojawił się transparent pisany ręcznie po włosku. Dwa słowa, które stały się hasłem milionów.

Santo Subito, święty natychmiast. To żądanie przyszło od wiernych, spontaniczne, masowe, niemożliwe do zignorowania. Ale Kościół ma swoje zasady i te zasady mówią coś nieoczekiwanego. Że chcieć kogoś kanonizować to za mało, że wierzyć w czyjąś świętość to za mało. Że nawet śmierć w opinii świętości, nawet płaczący milion ludzi, nawet 40 lat pontyfikatu, to za mało.

Kościół wymaga czegoś więcej. Kościół wymaga dowodu. To, co nastąpiło po śmierci Jana Pawła II jest jednym z najbardziej zdumiewających paradoksów w historii Kościoła katolickiego. Instytucja, której fundamentem jest wiara w rzeczy niewidzialne i nieweryfikowalne, stworzyła mechanizm kanonizacyjny, który jest jednym z najbardziej rygorystycznych procesów śledczych, jakie ludzkość wymyśliła.

bardziej skrupulatny niż niejedne sądy, bardziej ostrożny niż niejedno postępowanie naukowe. Żeby kościół mógł oficjalnie ogłosić kogoś świętym, musi udowodnić cud. Nie wystarczy relacja naocznych świadków. Nie wystarczy żarliwa modlitwa tysięcy ludzi. Nie wystarczy nawet szczere przekonanie samego papieża. Trzeba dokumentacji medycznej.

Trzeba niezależnej oceny lekarzy. Najpierw specjalistów, potem komisji ekspertów kongregacji, trzeba werdyktu teologów. i na końcu decyzji papieża stą, który jest ostatnią instancją i jedynym człowiekiem na ziemi uprawnionym do ogłoszenia kogoś świętym. Jan Paweł II sam reformował te przepisy. W 1983 roku jako papież wydał konstytucję apostolską regulującą procesy kanonizacyjne.

Sam ustalił zasadę pięcioletniego oczekiwania od chwili śmierci kandydata. Teraz te przepisy miały zostać zastosowane wobec niego i to ze skrótem, bo Benedykt XV uchylił termin oczekiwania jeszcze w maju 2005 roku, zaledwie 42 dni po pogrzebie. postulator procesu beatyfikacyjnego, człowiek, którego zadaniem było zebranie całej dokumentacji i przeprowadzenie śledztwa w sprawie świętości Jana Pawła II, był polskim księdzem imieniem Sławomir Oder, doktor obojga praw pracujący w Trybunale Wikariatu Rzymu, doświadczony w procedurach kanonizacyjnych jak

 

niewielu. To on 28 czerwca 2005 roku kiedy w bazylice na Lateranie przy nakrytym szarą materią stole złożył przed trybunałem formalną prośbę o prawne rozpoczęcie procesu. Wszyscy obecni złożyli przysięgę. Słowa tej przysięgi są zimne i precyzyjne. Odrzuciwszy wszelki wzgląd na osoby wiernie i starannie będę wypełniał powierzone mi zadanie.

Zachowam w tajemnicy zeznania świadków. Nie przyjmę żadnego rodzaju darów ofiarowanych z okazji procesu. Tak mi dopomóż Bóg. Żadnego wzglądu na osoby. Wiernie i starannie zachowam tajemnicę. Człowiek, który przez 40 lat stał na czele kościoła, teraz był osobą, kandydatem na ołtarze, którego świętość należało udowodnić. Nie zakładać, udowodnić.

Przez następne miesiące trybunały w Rzymie i Krakowie przesłuchiwały świadków, zbierały dokumenty, analizowały pisma, sprawdzały każdy szczegół życia człowieka, no który sam zreformował reguły tej procedury. Przesłuchano w sumie około 120 osób. Rekordowa liczba w historii procesów kanonizacyjnych.

Wśród świadków byli jego współpracownicy, przyjaciele, lekarze. Byli też politycy. Wojciech Jaruzelski, Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski. Ludzie, którzy znali go z różnych stron, w różnych kontekstach, w różnych momentach historii. I wtedy w toku tego procesu wyszło na jaw coś, czego świat nie wiedział. Coś, co pokazuje, że człowiek żyjący w blasku reflektorów przez prawie trzy dekady, człowiek fotografowany, filmowany, cytowany na każdym kroku, potrafił zachować dla siebie jedną głęboko ukrytą tajemnicę. Dwie osoby zeznały przed

trybunałem pod przysięgą, że Jan Paweł II regularnie się biczował. Pas znaleziony w biurku papieża, ślady na skórze, praktyki umartwiania, jej, o których nie mówił nikomu, a które były tak intensywne, że zostawiły po sobie fizyczne ślady. Człowiek, który światu pokazywał radość i otwartość, który wołał: “Nie lękajcie się!” i obejmował ramionami tysiące.

Sam w swoim pokoju w nocy po cichu zadawał sobie ból. Nie z masochizmu, z wiary, z przekonania, że cierpienie dobrowolne ma sens, że łączy go ze cierpieniem Chrystusa, że pokuta jest czymś realnym i dotykalnym, nie tylko duchowym. Postulator Oder skomentował to spokojnie. Taka praktyka, choć nieznana wielu, ma długą tradycję w kościele i sama w sobie nie jest zaskoczeniem.

Ale to, że Jan Paweł II, ten Jan Paweł II, którego świat znał jako człowieka żywotnego, sportowego, uśmiechniętego, praktykował ją do ostatnich lat swojego życia, rzuciło na cały proces nowe nieoczekiwane światło. Bo ten człowiek nie był figurą. był kimś głębszym i bardziej skomplikowanym niż wszystkie portrety, które z niego zrobiono.

I właśnie taki człowiek złożony, ludzki, pełen sprzeczności miał teraz przejść przez maszynę, która sprawdza nie duszę, ale dokumenty. Nie intencje, ale protokoły medyczne, nie wiarę, ale dowody. Tego wymagał Kościół. Tego wymagał system, który sam Jan Paweł II przez całe życie doskonalił i wzmacniał. I wtedy w środku tego procesu, gdy trybunały zbierały zeznania i komisje medyczne pochylały się nad aktami chorych uzdrowionych za jego wstawiennictwem, z Francji nadeszła informacja, która miała zmienić wszystko. Siostra Marie

Simon Pier Normand, Francuzi, choroba Parkinsona, stadium zaawansowane i coś, czego lekarze nie potrafili wyjaśnić. Ale żeby zrozumieć i co naprawdę wydarzyło się z tą kobietą i dlaczego jej historia stała się centralnym punktem całego procesu, trzeba najpierw zrozumieć na czym polega paradoks, który leży w samym sercu kanonizacji.

Instytucja wiary żąda dowodów i właśnie ten paradoks zawarty w kilku słowach jest tym, co sprawia, że tamtego ranka w 2011 roku, gdy trumna Jana Pawła II wyłaniała się ze swojego miejsca spoczynku w podziemiach bazyliki, kardynał Dziwisz nie mógł mówić. Mógł tylko patrzeć i milczeć. Francja, czerwiec 2005 roku, dwa miesiące po śmierci Jana Pawła II, siostra Maryi Simon Pier Normand miała 44 lata i nie mogła utrzymać pióra w ręce.

Choroba Parkinsona zaatakowała ją w 2001 roku. Zaczęła się od lewej strony ciała. Drżenie, sztywność, bóle, bezsenność. Szczegół, który nie uszedł nikomu uwagi. Mari była leworęczna. Choroba uderzyła dokładnie w to, czym pracowała. Nie mogła pisać, nie mogła prowadzić samochodu. Z trudem utrzymywała się na nogach.

Pracowała na oddziale położniczym, otoczona narodzinami, życiem, nowym początkiem i powoli traciła zdolność do wykonywania każdej czynności wymaganej przez jej pracę. Przez 4 lata obserwowała w telewizji, jak Jan Paweł II prowadzi uroczystości. Coraz wolniejszy, coraz bardziej pochylony, coraz bardziej drżący.

Widziała w nim siebie za kilka lat. Musiała odwracać wzrok. Gdy papież umarł 2 kwietnia 2005 roku, Marie poczuła według jej własnych słów, że umarł przyjaciel i tego samego dnia jej stan się pogorszył, jakby ciało zareagowało na żałobę w jedyny znany sobie sposób, zaostrzeniem każdego objawu, wspólnota zakonna, małe siostry macierzyństwa katolickiego zaczęła się modlić, a nie do Jana Pawła II jako świętego, bo proces beatyfikacyjny dopiero się zaczynał, ale za jego wstawiennictwem.

To subtelna, ale istotna różnica. Modlitwa skierowana do Boga przez kogoś, kto być może jest już blisko niego. 26 maja Mary wróciła z krótkiego urlopu. Była, jak mówiła, całkowicie wyczerpana. Poszła do przełożonej z prośbą o zwolnienie z obowiązków. Nie miała już siły stać. Przełożona poprosiła ją, żeby jeszcze trochę poczekała do czasu powrotu z Lurd w sierpniu i powiedziała coś, co Mari zapamiętała.

Jan Paweł II nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. 2 czerwca wieczorem między godziną 21:30 a 21:45 siostra Mari siedziała sama w swoim pokoju. Nagle według jej relacji poczuła pragnienie, żeby wziąć pióro i pisać. Jakby ktoś jej mówił: “Weź pióro i pisz”. Wzięła. Pismo było wyraźne i czytelne lewą ręką i z tą samą, którą przez cztery lata nie umiała kontrolować.

Nie pojęła od razu, co się dzieje. Położyła się spać. O 4:30 rano obudziła się. Ciało nie bolało. Nie było żadnego zesztywnienia, żadnego drżenia. Wstała z łóżka, normalnie, bez walki, bez trzymania się ściany. Poszła do kaplicy. W drodze zauważyła, że porusza lewym ramieniem. Swobodnie. To ramię, które od czterech lat wisiało przy jej boku jak ciężar.

Podczas mszy miała pewność. Tego samego dnia napisała list. Zadzwoniła do przełożonej, pokazała jej swoje pismo i powiedziała, że została uzdrowiona za wstawiennictwem Jana Pawła II. Przełożona poprosiła ją, żeby napisała jeszcze raz wolno, wyraźnie dwa słowa. Jan Paweł II. Mari napisała. Obydwie patrzyły na kartkę w milczeniu.

7 czerwca Mari poszła na umówioną wcześniej wizytę u neurologa, który leczył ją od lat. Wtedy lekarz zobaczył jak wchodzi do gabinetu. Pewnym krokiem poruszając swobodnie obydwoma ramionami. Zapytał czy wzięła podwójną dawkę dopaminy. Marie odpowiedziała, że przestała brać leki całkowicie i wyjaśniła, co się stało.

Lekarz był zaskoczony. Nie powiedział, że to cud. powiedział, że z medycznego punktu widzenia nie rozumie co się wydarzyło. I właśnie to zdanie nie rozumiem co się wydarzyło jest zdaniem, które Kościół czeka, żeby usłyszeć. Nie każde uzdrowienie wystarczy. Kościół ma precyzyjną definicję cudu medycznego, opracowaną przez pokolenia teologów i lekarzy pracujących razem w Kongregacji spraw kanonizacyjnych.

Uzdrowienie musi być natychmiastowe, całkowite, doskonałe, klinicznie trwałe i przede wszystkim z medycznego punktu widzenia niewytłumaczalne. Każde z tych słów jest istotne. Nie każde z nich wyklucza dziesiątki przypadków, które nie spełniają wszystkich warunków jednocześnie. Przypadek siostry Marii Simon Pierre trafił na biurko postulatora Oddera.

Przez rok od marca 2006 do marca 2007 działał we Francji specjalny trybunał diecezjalny. Przesłuchano samą zakonnicę. Przesłuchano 15 świadków. Wysłuchano opinii trzech niezależnych ekspertów medycznych. Analizowano każdy centymetr jej dokumentacji. Diagnozy, badania, recepty, wyniki EEG, tomografie, notatki neurologa, historię choroby.

Ale potem stało się coś nieoczekiwanego. Gdy akta trafiły do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Rzymie, Komisja Lekarska nie zebrała się od razu. Pojawiły się pytania, wątpliwości. Neurolog po neurolog przyglądał się dokumentacji i zadawał to samo pytanie. Czy na pewno była to choroba Parkinsona? No czy nie mógł to być zespół parkinsonowski, schorzenie z podobnymi objawami, ale inną etiologią, które w pewnych okolicznościach może cofnąć się samoistnie.

Choroba Parkinsona jest nieuleczalna. Zespół parkinsonowski nie zawsze to była pęknięcie w samym sercu procesu. Jeśli zakonnica miała nie Parkinsona, ale coś, co tylko wyglądało jak Parkinson, to jej uzdrowienie nie byłoby cudem, byłoby po prostu remisją. Przez prawie rok Komisja Lekarska Kongregacji nie mogła się zebrać, bo brakowało kilku kluczowych ekspertyz.

Specjaliści najwyższej klasy z całego świata byli konsultowani indywidualnie, w atmosferze pełnej dyskrecji. Sprawa, która miała być najkrótszym etapem procesu, stała się jego najtrudniejszym momentem. W mediach zaczęły krążyć plotki. Mówiono, że Marie ponownie zachorowała. Mówiono, że diagnoza była błędna od początku. C mówiono, że kościół będzie musiał szukać innego cudu.

Żadnych oficjalnych komentarzy. Cisza. A w tej ciszy tyciaa trumna Jana Pawła II spoczywała nieruszona w grotach watykańskich. I miliony wiernych, którzy krzyczeli w Santo Subito, czekali, nie wiedząc, że sprawa ich papieża zależy teraz od tego, co kilku neurologów napiszą w swoich raportach. Latem 2010 roku Marie Simonpier została wezwana do Watykanu.

Poddano ją dodatkowym badaniom neurologicznym i psychiatrycznym. Chodziło o ostateczne wykluczenie wszystkich alternatywnych wyjaśnień. Po pięciu latach od uzdrowienia badania potwierdziły to, co jej lekarz powiedział w czerwcu 2005 roku. Żadnych objawów, żadnych śladów choroby, żadnego nawrotu. 14 stycznia 2011 roku papież Benedykt XV podpisał dekret o uznaniu cudu za wstawiennictwem Jana Pawła II.

Te dwa tygodnie później wyznaczono datę beatyfikacji 1 maja 2011 roku. Niedziela miłosierdzia bożego. Święto ustanowione przez samego Jana Pawła II w wigilię którego umarł. I wtedy 29 kwietnia 2011 roku, dni przed beatyfikacją Jświcie, w grotach watykańskich wydarzyła się ta scena z początku naszej opowieści. Dźwig trumna.

Kardynał Dziwisz. który nie potrafił mówić. Ośmiu kardynałów w milczeniu. Ceremonia, która nie była wydobyciem ciała na widok publiczny, ale prawnym i liturgicznym aktem koniecznym, przeniesieniem doczesnych szczątków z miejsca anonimowego pochówku do nowego grobu godnego błogosławionego. Trumna nie była otwierana, nie były to oględziny ciała, nie szukano śladów niezniszczalności.

To był gest innego rodzaju. Przeniesienie z ciemności grot do światła bazyliki, z miejsca zmarłych do miejsca świętych. W historii kościoła taki akt translacjo, od wieków był równoznaczny z kanonizacją. Teraz był tylko jego zapowiedzią. 1 maja 2011 roku na placu Świętego Piotra zebrało się półtora miliona ludzi.

Przed ołtarzem głównym stała trumna Jana Pawła II, ta sama cyprysowa trumna, która 6 lat wcześniej leżała na kamiennych schodach bazyliki, gdy Racinger odprawiał żałobną mszę. Teraz brzmiały inne słowa. Benedykt XV ogłosił Karola Wojtyłę błogosławionym. Na placu rozległy się oklaski. Płakali ludzie, którzy nie płakali nawet na pogrzebie, bo wtedy żegnali człowieka, teraz witali kogoś, kto według kościoła jest bliżej Boga niż kiedykolwiek.

Siostra Maryi Simon Pier weszła na plac z relikwiarzem. Niosła ampułkę z krwią Jana Pawła II, krew pobraną w ostatnich dniach jego życia, zamkniętą w szkle, otoczoną złotem. Kobieta, z której choroba cofnęła się w jedną noc, niosła krew człowieka, którego choroba nie cofnęła się nigdy. Nie wiadomo, czy myślała o tym w tamtej chwili, ale ta symetria jest zbyt wyraźna, żeby jej nie dostrzec.

Ale beatyfikacja to nie kanonizacja, to dopiero połowa drogi. Żeby Jan Paweł II mógł zostać ogłoszony świętym, oficjalnie, definitywnie na wieki, potrzebny był drugi cud. I ten drugi cud przyszedł z miejsca, gdzie nikt się nie spodziewał. Kostaryka, 1 maja 2011 roku. Noc. Flor Betas miała 48 lat i miesiąc życia według lekarzy.

Jej mąż Edwin siedział na wyrandzie ich domu niedaleko San Jose i modlił się różańcem. Zbudował mały ołtarzyk poświęcony Janowi Pawłowi II. Papież odwiedził Kostarykę w 1983 roku i Edwin nigdy tego nie zapomniał. Floribet leżała w sypialni. Lewa część ciała była sparaliżowana. Dwa tygodnie wcześniej po nagłym bólu głowy tomografia komputerowa wykazała tętniaka wrzecionowatego środkowej tętnicy mózgu.

umiejscowionego w miejscu, do którego chirurgia nie miała dostępu. Neurochirurg Alejandro Wargas Roman powiedział rodzinie wprost: “Nie ma operacji, którą można przeprowadzić. Możemy tylko uśmierzyć ból. Kiedy tętnica pęknie, stanie się to szybko.” Floribet wzięła silne leki, które powodowały głęboki sen. Lekarz tłumaczył jej, że lepiej żeby była nieprzytomna w chwili pęknięcia.

Jej dzieci przychodziły w nocy i dotykały jej, sprawdzając czy jeszcze oddycha. wiedziały, że może umrzeć we śnie. Tamtego wieczoru 1 maja 2011 roku, dokładnie w chwili, gdy na placu Świętego Piotra trwała beatyfikacja Jana Pawła II, Floribet oglądała transmisję telewizyjną w swoim pokoju. Była ledwie przytomna.

Leki były silne, ekran migotał w ciemności. Patrzyła na zdjęcie papieża i według jej relacji zobaczyła, jak jego ręce wyciągają się ku niej z obrazka. usłyszała głos, dwa zdania po polsku, które rozumiała, mimo że nigdy nie znała tego języka. Wstań, nie lękaj się. Podniosła się, wstała z łóżka. Sama, bez pomocy poszła do kuchni, gdzie był Edwin.

Mąż patrzył na nią w milczeniu. Przez ostatnie tygodnie nie wstawała samodzielnie. Florbet powiedziała: “Jestem zdrowa”. Badania przeprowadzone kilka miesięcy później wykazały, że tętniak zniknął. Tętnica wyglądała tak, jakby nigdy nic się w niej nie wydarzyło. Doktor Wargas Roman, który przez kilkanaście lat pracował jako neurochirurg i widział setki tomografii, powiedział dziennikarzom jedno zdanie.

Nie znalazłem żadnych podstaw naukowych, by wyjaśnić, co dlaczego tętniak zniknął. Jeśli to cud, to głos w tej sprawie należy do kościoła. I dodał, bo był katolikiem. Ja w to wierzę, ale kościół nie mógł tego powiedzieć za siebie. Kościół musiał sprawdzić. Floribet przyjechała do Rzymu w październiku 2012 roku. Przyjechała dyskretnie.

W klinice Gemeli zarejestrowano ją pod fałszywym nazwiskiem jako turystkę, która zachorowała w czasie wakacji. Włoscy lekarze przeprowadzili pełen pakiet badań neurologicznych. Wyniki potwierdziły to, co powiedzieli lekarze w Kostaryce. Tętniak zniknął. Nie ma śladów. Tętnica jest zdrowa. Postulator Oder osobiście pojechał na Kostarykę.

Poprosił arcybiskupa San Jose o powołanie lokalnego Trybunału kanonicznego. 20 listopada 2012 roku Trybunał Trzech Kapłanów, notariusz i lekarz, rozpoczął pracę. Przez miesiące zbierano dokumentacje, przesłuchiwano świadków, analizowano każdy etap choroby i uzdrowienia. W styczniu 2013 roku całość trafiła do Watykanu. Kongregacja spraw kanonizacyjnych przeprowadziła własne śledztwo.

Komisja lekarzy, komisja teologów, komisja kardynałów i biskupów. Trzy etapy, trzy niezależne oceny. Trzy razy to samo pytanie. Czy to co się wydarzyło z Flori Bedmora Dias da się wytłumaczyć w sposób naturalny? Trzy razy ta sama odpowiedź. Nie. 5 lipca 2013 roku papież Franciszek podpisał dekret uznający uzdrowienie Kostaryki za cud za wstawiennictwem Jana Pawła II.

Droga do kanonizacji była otwarta 27 kwietnia 2014 roku, niedziela miłosierdzia bożego. Na placu świętego Piotra zebrało się ponad 800 000 wiernych. W procesji przed ołtarzem Floribet Mora Dias niosła relikwiarz z krwią Jana Pawła II. za nią siostra Maris i Monpier Normand, ta sama, która trzy lata wcześniej stała w tym samym miejscu z tą samą ampułką.

Dwie kobiety, dwie choroby, dwa noce, w których coś się odwróciło w sposób, którego nauka nie potrafiła wyjaśnić. Niosły krew człowieka, który przez 40 lat wierzył bez dowodów i którego świętość musiała zostać udowodniona przez tych, którzy szukali dowodów. Papież Franciszek wypowiedział formułę kanonizacyjną po łacinie.

Po jej zakończeniu na fasadzie bazyliki świętego Piotra odsłonięto portret i tłum, który przez 9 lat czekał na ten moment, zaczął krzyczeć: “Nie, Santo Subito, już nie. Teraz było inaczej. Teraz krzyczeli po prostu jego imię. Czym jest zatem relikt? Czym jest trumna, która musi zostać otwarta, żeby człowiek mógł zostać świętym? Jest gestem, do który mówi coś, czego słowa nie mogą powiedzieć do końca, że ciało się liczy, że materia się liczy.

że to co dotykalne i zmysłowe jest nośnikiem czegoś co wykracza poza materię. W kaplicy Świętego Sebastiana w bazylice Świętego Piotra tuż obok słynnej piety Michała Anioła, kilka metrów od miejsca, gdzie według tradycji spoczywa sam Piotr, trumna Jana Pawła II leży za białą marmurową płytą. Nie można jej zobaczyć.

Można tylko stać przy niej i wiedzieć, że jest. Co roku miliony ludzi przyjeżdżają, żeby to zrobić. Stają, milczą, modlą się. Albo patrzą na białą płytę bez żadnej modlitwy, po prostu stojąc, po prostu będąc blisko. Krew Karola Wojtyły jest w ponad 100 kościołach i kaplicach na całym świecie. W Polsce, we Włoszech, w Kolumbii, w Meksyku, w Kostaryce i w ampułce 101 m pod ziemią, w kaplicy kopalni soli w Wieliczce.

Przestrzelony pasek sutanny z śladami jego krwi po zamachu leży w sanktuarium na Jasnej Górze. Człowiek, który nie pyta Boga dlaczego, stał się człowiekiem, którego szczątki są teraz powodem milionów pytań. Ale jest jedno pytanie, do którego żadna komisja nigdy nie dała odpowiedzi. Marie Simon Pierre, zapytana przez dziennikarzy, czy rzeczywiście miała chorobę Parkinsona, a nie tylko podobne objawy, odpowiedziała spokojnie.

Czy to jest cud, tego nie wiem. O tym musiał zadecydować kościół. Ja wiem tylko, że byłam chora. Modliłam się do Jana Pawła II i moja choroba zniknęła. Doktor Wargas Roman, który zbadał Floribet po powrocie z kliniki Gemeli, zapytany co myśli jako lekarz, powtórzył to samo. Nie ma wyjaśnienia.

Zapytany do co myśli jako człowiek powiedział wierzę. A siostra Mariei napisała kiedyś w liście zdanie, które nie trafiło do żadnej komisji, do żadnego raportu, do żadnego dekretu. To, co pan pozwolił mi przeżyć jest czymś, czego nie potrafię wyrazić słowami. Mam wrażenie, jakbym narodziła się po raz drugi. Urodziła się po raz drugi w nocy w ciemności, kiedy wzięła pióro i zaczęła pisać czytelnym pismem lewą ręką, której przez 4 lata nie kontrolowała.

Jan Paweł II urodził się po raz pierwszy 18 maja 1920 roku, gdy przez otwarte okna dobiegał śpiew litanii loretańskiej. Urodził się po raz drugi według wiary kościoła 27 kwietnia 2014 roku, gdy papież Franciszek wypowiedział formułę kanonizacyjną. między tymi dwoma narodzinami jedno życie wypełnione po brzegi stratą, wiarą, cierpieniem, miłością i pytaniami, bo na które nikt nie dawał odpowiedzi i jeden kościół, który wierzy, ale zanim cokolwiek ogłosi, musi najpierw to sprawdzić.

Paradoks nie znika. On po prostu staje się częścią historii i właśnie dlatego trumna musiała zostać otwarta. Jeśli historia Jana Pawła II, człowieka, który przez całe życie wierzył bez dowodów, a po śmierci musiał być dowodami potwierdzony, poruszyła cię do głębi, to w następnym odcinku dowiesz się czegoś, co jest jeszcze trudniejsze do uwierzenia.

Bo to, co spotkało innego papieża po śmierci, Jana 23, którego trumna spoczywała przez 40 lat i to co w niej znaleziono, zmienia wszystko, co myślisz o czasie, rozkładzie i świętości. Zostań z nami. Jeśli ten odcinek zabrał ci głos, zostaw komentarz. Jeśli zabrał ci pewność co do granic wiary i nauki, zostaw like i subskrybuj, żeby nie przegapić tego, co będzie dalej, bo te pytania nie mają końca.

 

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

Recommended for You

View Archive arrow_forward