“MIŁOŚĆ CZASAMI JEST WSPANIAŁA, ALE CZASAMI MOŻE BYĆ STRASZNA.”: Tajemnica małżeństwa Jana Englerta i Beaty Ścibakówny, która po latach znów rozpala emocje.
Początek lat dziewięćdziesiątych w Polsce był czasem gwałtownych przemian ustrojowych, narodzin drapieżnego kapitalizmu oraz powstawania pierwszych rodzimych mediów plotkarskich, które z nienasyconym apetytem rzuciły się na prywatne życie gwiazd. Warszawskie środowisko artystyczne, dotąd chronione aurą dyskrecji i środowiskowej lojalności, nagle stanęło w obliczu skandalu obyczajowego, jakiego w teatralnych kuluarach nie pamiętano od dziesięcioleci. Wiadomość o relacji łączącej jednego z najważniejszych polskich aktorów i pedagogów z młodszą o ćwierć wieku studentką spadła na stolicę z siłą gromu. Jan Englert był wówczas postacią pomnikową: wybitnym artystą, podziwianym wykładowcą i rektorem warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, a także mężem cenionej aktorki Barbary Sołtysik, z którą wychowywał trójkę dzieci. Beata Ścibakówna była zaledwie dziewczyną z prowincji, wchodzącą dopiero w dorosłe życie.
W kawiarniach przy ulicy Miodowej i w garderobach stołecznych teatrów natychmiast zabiły dzwony na alarm. Związkowi wróżono rychły, kompromitujący upadek, oskarżając dojrzałego artystę o kryzys wieku średniego, a młodą adeptkę sztuki o bezwzględną kalkulację i chęć zrobienia błyskawicznej kariery przez łóżko wpływowego mentora. Mało kto zdawał sobie jednak sprawę, jak skomplikowana prawda kryła się pod powierzchnią tych łatwych osądów. Niewielu wiedziało o cenie, jaką oboje musieli zapłacić za uczucie rodzące się wbrew wszelkim konwenansom, o dramatycznej walce młodej studentki o elementarne przetrwanie w stolicy, ani o tajemniczym porozumieniu, które w domu aktora obowiązywało na długo przed tym, nim spojrzał w oczy nowej wybrance serca.

Bolesne początki w stolicy: Gruz, mycie okien i zamojskie korzenie
Dzisiejsza publiczność kojarzy Beatę Ścibakównę przede wszystkim jako uosobienie scenicznej klasy, elegancką kobietę z wyższych sfer, grającą w Teatrze Narodowym i brylującą na salonach. Jej droga do tego miejsca była jednak całkowitym zaprzeczeniem sielanki. Urodzona w Zamościu, wychowywała się w skromnej, pracowitej rodzinie, w której nie przelewało się pod względem finansowym. Kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych pomyślnie przeszła rygorystyczne egzaminy wstępne na warszawską uczelnię teatralną, zderzyła się z bezwzględną, brutalną rzeczywistością stolicy. Nie posiadała zaplecza materialnego, znajomości ani gwarancji dachu nad głową. Aby móc opłacić stancję, kupić podstawowe podręczniki i nie przymierać głodem, musiała natychmiast podjąć zarobkowanie.

W ówczesnej Warszawie znalezienie lekkiego zajęcia graniczyło z cudem, dlatego delikatna, młoda blondynka podjęła decyzję, która szokowała jej rówieśników. Zamiast szukać protekcji, założyła robocze ubranie i zatrudniła się na placach budowy, wykonując najcięższe prace fizyczne u boku robotników. O tamtym trudnym rozdziale swojego życia aktorka milczała przez całe dekady, decydując się na szczere wyznanie dopiero niedawno:
“Nigdy o tym nikomu nie mówiłam, ale praca fizyczna nie była mi obca. Żeby zarobić na studia w Warszawie, sprzątałam bloki, a nawet pracowałam na budowach. Myłam okna w nowo wybudowanych wieżowcach, wynosiłam gruz i szorowałam podłogi po tynkowaniu. Nikt mi niczego nie dał za darmo – doskonale wiem, co to znaczy ból rąk i ciężko zarobiony grosz.”
Ta surowa lekcja pokory i harówki ukształtowała w niej odporność psychiczną, która miała okazać się kluczowa w nadchodzących latach społecznego linczu.
Żart zamojskiej matki i australijski dramat w oceanie
Równolegle do walki o przetrwanie w rodzinnej pamięci Ścibakówny zachowała się niezwykła, niemal mistyczna anegdota związana z jej rodzinnym domem w Zamościu. Jej matka należała do grona milionów Polek, które w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych bez pamięci kochały się w Janie Englercie po jego legendarnych rolach w serialach „Kolumbowie” oraz „Dom”. Aktor uchodził za narodowego amanta, symbol męskości i intelektualnego wdzięku. Gdy młoda Beata pakowała walizki na wyjazd do stolicy, matka z uśmiechem rzuciła prorocze słowa: „Pozdrów ode mnie Englerta”. Nikt nie przypuszczał wówczas, że żartobliwe pożegnanie stanie się zapowiedzią rewolucji w życiu całej rodziny.
Kiedy w 1990 roku Beata przekroczyła mury PWST, Jan Englert piastował funkcję rektora uczelni. W tamtych czasach obowiązywała niepisana, żelazna zasada etyczna zabraniająca wykładowcom jakichkolwiek intymnych kontaktów z podopiecznymi. Przez pierwsze lata studiów Ścibakówna patrzyła na niego wyłącznie jak na niedostępny pomnik, srogiego profesora i autorytet pedagogiczny. Przełom nastąpił dopiero na czwartym roku studiów, w 1992 roku, gdy rektor reżyserował spektakl dyplomowy i zabrał wybraną grupę studentów na tournée do Australii. Na drugim końcu globu, w oderwaniu od warszawskiej presji, sztywne bariery zaczęły topnieć.
Prawdziwym punktem zwrotnym okazał się jednak dzień wolny od prób, spędzony nad brzegiem oceanu. Młoda aktorka, nieznająca zdradliwych właściwości oceanicznych prądów wstecznych, weszła zbyt głęboko w fale i nagle zaczęła być wciągana w otchłań wody. Widząc tonącą dziewczynę, Jan Englert bez sekundy wahania rzucił się w spienione fale, ryzykując własnym życiem i wyciągając studentkę na brzeg. To dramatyczne wydarzenie wstrząsnęło obojgiem. Aktora uderzyło opanowanie Beaty, która w śmiertelnym niebezpieczeństwie nie wpadła w histerię, lecz zachowała niezwykłą przytomność umysłu. Po latach żartował, że skoro wydarł ją śmierci, musiał wziąć za nią odpowiedzialność. W rzeczywistości to w Australii narodziło się głębokie porozumienie dwojga dojrzałych ludzi.
Sekretny pakt w małżeństwie aktora i bolesny powrót do kraju
Powrót do Warszawy oznaczał jednak zderzenie z rozpędzonym walcem obyczajowego potępienia. W stolicy zawrzało. Jan Englert miał za sobą ćwierć wieku małżeństwa z Barbarą Sołtysik, syna Tomasza oraz córki bliźniaczki, Katarzynę i Małgorzatę. Byli powszechnie uznawani za filar artystycznej arystokracji. Na młodą studentkę spadło odium niszczycielki ogniska domowego, która uwiodła żonatego profesora dla własnych korzyści.
Prawda o tamtym małżeństwie była jednak diametralnie inna od medialnych wyobrażeń. Związek Englerta i Sołtysik wypalił się emocjonalnie na wiele lat przed pojawieniem się Beaty. Będąc ludźmi odpowiedzialnymi i tradycyjnymi, małżonkowie zawarli tajny pakt: postanowili funkcjonować pod jednym dachem i udawać małżeństwo przed światem dopóty, dopóki ich trójka dzieci nie osiągnie pełnoletności i samodzielności życiowej. Gdy nadszedł odpowiedni czas, formalny rozwód stał się jedynie podpisaniem dokumentu sankcjonującego istniejącą pustkę. Aktor ujął to po latach w bezkompromisowy sposób:
“Beata nie rozbiła mojego domu – ona po prostu weszła w puste miejsce, które od dawna we mnie było.”
Jako człowiek honoru Englert zostawił pierwszej żonie cały dorobek życia, duży dom i oszczędności, wyprowadzając się z jedną walizką. Z Beatą zaczynali wspólne życie od zera w skromnym, wynajmowanym lokalu, co zadało kłam plotkom o majątkowych motywacjach dziewczyny z Zamościa. W 1995 roku wzięli cichy ślub z dala od błysków fleszy.
Piętnaście lat anonimów, narodziny Heleny i tykająca bomba
Społeczny ostracyzm nie wygasł jednak wraz z podpisaniem aktu małżeństwa. Przez kolejne piętnaście lat do teatrów, w których występowała Ścibakówna, napływały setki wulgarnych, anonimowych listów od oburzonych kobiet, życzących jej śmierci, kalectwa i rozpadu związku. Aktorka musiała zbudować wokół siebie potężny pancerz ochronny, by toksyczna zawiść nie zniszczyła jej relacji z mężem. Przez lata świadomie unikała wspólnych projektów artystycznych z Englertem, pracując ciężko na własne nazwisko.
Prawdziwym sprawdzianem okazał się rok 2000, kiedy na świat przyszła ich córka Helena. Dla pięćdziesięciosiedmioletniego wówczas aktora było to zupełnie nowe, głębokie doświadczenie ojcostwa. W przeciwieństwie do młodości, kiedy gonił za sukcesem, przy Helenie stał się ojcem uważnym, czułym i stale obecnym. Rodzina stworzyła bezpieczną twierdzę, w której Beata przejęła stery domowej logistyki i finansów, dając mężowi przestrzeń do kierowania Teatrem Narodowym.
Czas okazał się jednak bezwzględny. Różnica dwudziestu pięciu lat nabrała dramatycznego wymiaru, gdy u Jana Englerta zdiagnozowano nieoperacyjnego tętniaka aorty. Świadomość noszenia w sobie tykającej bomby zegarowej wywołała szok w rodzinie, lecz aktor przyjął diagnozę ze stoickim spokojem, odmawiając poddania się lękowi. To Beata stała się jego najważniejszym bastionem opieki: przejęła kontrolę nad wizytami lekarskimi, wdrożyła rygorystyczną dietę i zaczęła bezwzględnie chronić męża przed przeciążeniem pracą. Dawna relacja mistrza i uczennicy uległa całkowitemu odwróceniu – to żona stała się niezłomnym dowódcą domowego miru.
Nowa burza pokoleniowa: Helena Englert w krzyżowym ogniu
Prawdziwy chichot losu polega na tym, że po trzydziestu latach od wybuchu tamtego skandalu historia zatoczyła dramatyczne koło, a ogień publicznej krytyki przeniósł się na córkę aktorskiej pary. Dwudziestosześcioletnia dziś Helena Englert, mimo ukończenia prestiżowych szkół w Stanach Zjednoczonych i w Warszawie, od początku swojej drogi mierzy się z bezwzględną łatką „córki dyrektora”. Internetowa społeczność z furią reaguje na każdy jej krok zawodowy, węsząc nepotyzm i protekcję wpływowych rodziców.
Sytuacja osiągnęła punkt wrzenia, gdy Helena zadebiutowała jako wokalistka na scenie prestiżowego festiwalu Open’er, a wkrótce potem ogłoszono jej udział w wielkim telewizyjnym show „Taniec z gwiazdami”. W sieci wezbrała potężna fala hejtu, podważająca jej talent i zarzucająca jej brak pokory. Beata Ścibakówna niczym lwica stanęła w obronie córki, chwaląc jej rzemiosło i odporność, podczas gdy Jan Englert nie ukrywa w wywiadach głębokiego lęku o psychikę dziewczyny, ostrzegając ją przed bezduszną machiną show-biznesu, która bezlitośnie niszczy młodych twórców.
Saga rodziny Englertów wkroczyła w swój najbardziej nieprzewidywalny rozdział, w którym przeszłość splata się z teraźniejszością, a walka o własne nazwisko i artystyczną godność toczy się pod czujnym okiem milionów bezlitosnych sędziów.