PROROCTWO ŚW. FAUSTYNY, KTÓRE WATYKAN ZAKAZYWAŁ PRZEZ 20 LAT | TAJEMNICA BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

Cała historia

Jest 5 października 1938 roku. W małej ciemnej celi klasztoru na krakowskich łagnikach umiera młoda kobieta. Ma zaledwie 33 lata. Waży tak niewiele, że siostry, które ją pielęgnują, mogą podnieść ją bez wysiłku. Gruźlica strawiła jej płuca i jelita. Lekarze już dawno rozłożyli ręce. A jednak ta umierająca zakonnica, której nikt poza murami klasztoru nie zna, której nazwisko nie pojawi się w żadnej gazecie, szepcze coś, co za kilkadziesiąt lat będzie powtarzane w każdym zakątku ziemi.

Szepcze słowa, które usłyszała, jak twierdziła, od samego Jezusa. Słowa o czasie, który nadchodzi, o znaku, który pojawi się na niebie, zanim świat stanie przed ostatecznym rozliczeniem. o iskrze, która wyjdzie z Polski i przygotuje ludzkość na coś, czego nikt z nas nie będzie mógł uniknąć. Zanim umrze, zdąży zapisać w swoim zeszycie zdanie, od którego do dziś wielu ludziom cierpnie skóra.

Zdanie o dniu sprawiedliwości, o dniu, który jest bliżej niż nam się wydaje. Ale zapiszę też coś jeszcze, coś co całkowicie zmienia sens tamtej zapowiedzi. obietnicę tak niepojętą, tak sprzeczną z ludzką logiką, że przez lata kościół nie wiedział, co z nią zrobić, a jej zapiski trafiły nawet na listę ksiąg zakazanych.

Tak, dobrze słyszysz. Kobieta, którą dziś czczą prawie 20 lat była oficjalnie traktowana jak podejrzana wizjonerka, której pismom nie wolno było ufać. Drodzy widzowie, proszę postawcie lajka pod tym historia. iProszę śledzić naszą stronę z dzwoneczkiem. A tymczasem kontynuujemy. Kim była naprawdę? Skąd prosta dziewczyna ze wsi, która skończyła niecałe trzy klasy szkoły podstawowej, wiedziała rzeczy, które zdumiewały teologów? Dlaczego twierdziła, że rozmawia z Chrystusem twarzą w twarz, tak jak my rozmawiamy z drugim

człowiekiem? I co takiego zobaczyła w ostatnich miesiącach życia, gdy zbliżała się do śmierci, że jej spowiednik nakazał jej spisywać wszystko słowo po słowie, dzień po dniu. Zostań ze mną do końca tej opowieści, bo historia siostry Faustyny Kowalskiej nie jest zwykłą biografią świętej. To historia, która zaczyna się na wiejskim weselu.

Prowadzi przez bramy klasztoru, przez noce ciemności, których nie sposób opisać, przez wizję nieba, czyśćca i piekła, aż do zapowiedzi wydarzeń, które, jak wierzą miliony ludzi, dopiero mają nadejść. A na samym końcu opowiem ci o ostatniej wizji, którą otrzymała tuż przed śmiercią i o tym, dlaczego godzina 15:00 każdego dnia ma według jej zapisków znaczenie, którego większość ludzi w ogóle nie zna.

Zauważyłeś kiedyś, że najbardziej wstrząsające i najgłębsze wizje przychodzą do świętych właśnie wtedy, gdy zbliżają się do końca życia? Jakby zasłona między naszym światem a tamtym stawała się coraz cieńsza. Im bliżej człowiekowi do przejścia na drugą stronę. Z Faustyną było dokładnie tak. Im bardziej niszczała jej ciało, tym jaśniej widziała.

Im słabszy stawał się jej głos, tym mocniej brzmiały słowa, które zapisywała. I właśnie dlatego jej ostatnie zapiski są tak poruszające. To nie są słowa kobiety, która buduje swoją legendę. To słowa kogoś, kto wie, że umiera i komu zależy już tylko na jednym, żeby przekazać wiadomość, zanim będzie za późno. Ta wiadomość brzmi prosto, a jednak przewraca wszystko do góry nogami.

Zanim nadejdzie sprawiedliwość, najpierw szeroko otwierają się drzwi miłosierdzia. Kto nie zechce przejść przez te drzwi, będzie musiał przejść przez inne. I to właśnie o tych dwojgu drzwiach jest cała ta historia. Ale żeby zrozumieć dlaczego akurat ona, dlaczego akurat tam i dlaczego akurat wtedy, musimy cofnąć się o 33 lata.

Do maleńkiej wsi w samym sercu Polski, do glinianej chaty krytej strzechą, w której pewnej sierpniowej nocy przyszła na świat dziewczynka o imieniu Helena. Wieś nazywała się Głogowiec. Kilkadziesiąt chałb rozrzuconych wśród pól w powiecie tureckim niedaleko łodzi. Był 25 sierpnia 1905 roku, gdy w rodzinie Marianny i Stanisława Kowalskich urodziło się trzecie z dziesięciorga dzieci.

Ochrzczono ją dwa dni później w kościele w Świnicach Warckich i nadano jej imię Helena. Nikt tamtego dnia nie mógł przypuszczać, że imię tej dziewczynki będzie kiedyś wypowiadane w językach, o których istnieniu jej rodzice nawet nie słyszeli. Kowalscy byli ludźmi ubogimi. Stanisław był rolnikiem i cieślą, człowiekiem twardym, surowym, który wstawał przed świtem i zaczynał dzień od śpiewania godzinek nabożnych pieśni do Matki Bożej.

Jego głos niósł się po całej chacie, gdy dzieci jeszcze spały. Marianna była kobietą cichej, głębokiej pobożności, taką, która nie mówi wiele o Bogu, ale żyje tak, jakby Bóg stał obok niej przy każdym garnku i przy każdej pracy. W domu było biednie, czasem tak biednie, że dziewczynki miały jedną porządną sukienkę na kilka i do kościoła chodziły na zmianę.

Ta, na którą wypadała kolej, szła na mszę. Pozostałe zostawały w domu i modliły się z książeczki. I właśnie w takim domu, przesiąkniętym zapachem chleba, potu i modlitwy, zaczęły się dziać rzeczy, których nikt nie umiał wyjaśnić. Helena miała 5 lat, gdy zaczęła opowiadać matce swoje sny. Śniła o pięknej pani jaśniejącej, która prowadziła ją za rękę po przepięknym ogrodzie.

Matka słuchała i kiwała głową, bo cóż innego może zrobić matka, gdy dziecko opowiada sny? Ale gdy Helena skończyła 7 lat, wydarzyło się coś, czego już nie dało się zbyć wzruszeniem ramion. Podczas nieszporów, gdy na ołtarzu wystawiony był Najświętszy Sakrament, dziewczynka po raz pierwszy usłyszała w duszy wezwanie. Nie głos z zewnątrz, nie dźwięk, który słyszą uszy, coś głębszego.

Zaproszenie do życia doskonalszego, jak sama napisze po latach. Miała 7 lat i już wtedy wiedziała, że jej życie nie będzie należało do niej. Wstawała w nocy, żeby się modlić. Matka ją strofowała. Mówiła, że dziecko potrzebuje snu, że jeszcze sobie zdrowie popsuje tym klęczeniem po ciemku. Helena odpowiadała, że to nie ona chce wstawać, tylko coś ją budzi.

Ktoś ją budzi. W dzień pasała krowy i opowiadała innym dzieciom historie, które sama wymyślała. Historie o świętych i pustelnikach. A dzieci słuchały z otwartymi ustami, bo Helena miała dar opowiadania. Zbierała też grosze, urządzała małe loterie fantowe, a zarobione pieniądze oddawała biednym. Dziewczynka z biednego domu, która oddaje pieniądze biedniejszym od siebie.

Już wtedy było w niej coś, co nie mieściło się w zwykłej miarce. Do szkoły poszła późno, bo szkoła w Świnicach powstała dopiero, gdy Polska odzyskała niepodległość. Uczyła się niecałe trzy lata. Potem szkołę musiała opuścić, żeby zrobić miejsce młodszym dzieciom. A poza tym w domu potrzebne były ręce do pracy.

Trzy klasy. Zapamiętaj to. trzy klasy wiejskiej szkoły, bo za kilkanaście lat ta sama dziewczyna zapisze 600 stron tekstu, nad którym będą się pochylać profesorowie teologii i znajdą w nim głębię, której nie powstydziliby się najwięksi mistycy w historii kościoła. Skąd półanalfabetka ze wsi miała taką wiedzę? To jedno z tych pytań, na które do dziś nie ma dobrej odpowiedzi, a raczej jest tylko jedna.

Gdy miała 14 lat, poszła na służbę. Najpierw do Aleksandrowa Łódzkiego, potem do Łodzi. Sprzątała, gotowała, opiekowała się dziećmi zamożniejszych rodzin. Pracodawcy ją cenili, bo była pracowita, uczciwa i pogodna. I tu zaczyna się rozdział, który w życiorysach świętych zdarza się rzadko, bo Helena mając 16 17 lat powiedziała rodzicom, że chce wstąpić do klasztoru.

A rodzice powiedzieli nie. Stanowczo i ostatecznie. Nie było ich stać na wyprawę, na posak, który wtedy trzeba było wnieść do zakonu, a poza tym potrzebowali córki i jej zarobków. Ojciec zamknął temat jednym zdaniem i w tamtym domu nie dyskutowało się z ojcem i Helena zrobiła coś, co potem będzie wspominać z bólem do końca życia.

Postanowiła przestać słuchać tego wewnętrznego głosu. Skoro nie można, to nie można. Zaczęła żyć jak inne dziewczyny w jej wieku. Ładne sukienki, spotkania, zabawy. Próbowała zagłuszyć w sobie to wołanie, które ciągnęło ją gdzie indziej. Zagłuszyć Boga rozrywką. Ilu z nas robi dokładnie to samo, tylko innymi metodami i pewnie by jej się to udało, tak jak udaje się milionom ludzi, gdyby nie pewien lipcowy wieczór w Łodzi.

Wieczór, który rozciął jej życie na pół. Był rok 1924. W parku Wenecja w Łodzi grała muzyka. Helena poszła na zabawę taneczną razem ze swoją siostrą Józefą. Miała na sobie nową sukienkę. Wokół śmiech, muzyka, taniec, cała ta radosna, hałaśliwa młodość, która nie myśli o niczym poza chwilą obecną. Helena tańczyła i nagle w środku tańca, w środku muzyki wszystko zniknęło.

Zobaczyła Jezusa nie jako łagodną postać z obrazka. zobaczyła Jezusa umęczonego, obnażonego z szat, okrytego ranami, takiego jakim był przy biczowaniu. Stał obok niej, pośrodku tańczących ludzi, których nagle jakby nie było i patrzył na nią. A potem wypowiedział słowa, które przeszyły ją jak ostrze. Zapytał, jak długo jeszcze będzie go zwodzić, jak długo będzie odkładać to, do czego ją wzywa.

Wyobraź to sobie. Masz 19 lat. Stoisz na parkiecie, wokół ciebie muzyka i śmiech. A przed tobą stoi ktoś, kogo widzisz tylko ty i zadaje ci pytanie, przed którym nie da się uciec. Helena później napisze, że w tamtej chwili umilkła w jej duszy wszelka melodia. Usiadła obok siostry, udając, że boli ją głowa, a potem po prostu wyszła z zabawy.

Poszła prosto do katedry świętego Stanisława Kostki. Był już wieczór, kościół prawie pusty. Padła krzyżem przed Najświętszym Sakramentem, tak jak stała w tej samej sukience, w której tańczyła i zapytała Boga, co ma robić. I wtedy usłyszała w duszy odpowiedź: “Jedź natychmiast do Warszawy, tam wstąpisz do klasztoru natychmiast. Nie za miesiąc, nie po pożegnaniach, nie po namyśle.

” Helena wróciła do domu tylko po to, żeby zabrać drobiazgi. Nie pojechała pożegnać się z rodzicami, bo wiedziała, że ojciec jej nie puści, a ona nie miałaby siły mu się sprzeciwić prosto w oczy. Powiedziała siostrze, żeby pożegnała rodziców w jej imieniu, wsiadła do pociągu i pojechała do miasta, w którym nie znała absolutnie nikogo.

Bez pieniędzy, bez adresu, bez planu. Miała tylko jedno zdanie usłyszane w pustym kościele i całą swoją odwagę. Dziś nazwalibyśmy to szaleństwem. Ona nazywała to posłuszeństwem. Warszawa ją przytłoczyła. Wielkie miasto, tłumy, hałas. Dziewczyna ze wsi stanęła na dworcu i po prostu nie wiedziała, dokąd pójść.

Zrobiła więc to, co robiła zawsze. Zwróciła się do Matki Bożej i poprosiła o prowadzenie. Trafiła najpierw do kościoła świętego Jakuba na Ochocie, a tamtejszy proboszcz skierował ją do zaufanej rodziny, u której mogła się zatrzymać. Potem zaczęła pukać do furt klasztornych i tu czekało ją bolesne zderzenie z rzeczywistością.

Klasztor za klasztorem odmawiał. Patrzyły na nią przełożone i widziały biedną służącą bez posu, bez wykształcenia, bez niczego. Nikt nie chce takiej kandydatki. Drzwi zamykały się jedne po drugich, a Helena zaczynała wątpić, czy dobrze usłyszała tamten głos, aż wreszcie stanęła przed furtą zgromadzenia sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ulicy Żytniej.

Zauważ tę nazwę, ze wszystkich zakonów świata trafiła w końcu do tego, który w samej swojej nazwie nosił słowo klucz do całej jej przyszłości. Miłosierdzie. Matka przełożona Michaela Moraczewska przyjęła ją, przyjrzała się jej i kazała jej zrobić coś dziwnego. Kazała jej pójść do kaplicy i zapytać pana domu, czy ją przyjmuje.

Helena poszła, uklękła i zapytała Jezusa wprost, czy ją tu chce. i usłyszała odpowiedź, że tak, że ją przyjmuje, że jest w sercu jego. Wróciła do przełożonej i z rozbrajającą prostotą przekazała, że pan domu wyraził zgodę. Przełożona, chyba trochę rozbawiona, a trochę poruszona, powiedziała: “Skoro pan przyjął, to i ja przyjmuję”.

Był tylko jeden warunek. Helena musiała zarobić na skromną wyprawę. Przez rok pracowała jeszcze jako pomoc domowa u pani Aldony Liprzycowej w Ostrówku pod Warszawą, odkładając grosz do grosza. I wreszcie 1 sierpnia 1925 roku w wigilię święta Matki Bożej Anielskiej przekroczyła próg klasztoru. Napisała potem, że czuła się jakby wstąpiła do raju, a z jej serca wyrywała się jedna wielka modlitwa dziękczynna.

Miała 20 lat. Rok później przy Obłuczynach otrzymała habit i nowe imię. Od tej chwili nie była już Heleną Kowalską. Stała się siostrą Marią Faustyną. Imię to pochodzi od łacińskiego słowa oznaczającego szczęśliwą, pomyślną. Jest w tym imieniu coś przewrotnego, bo życie, które ją czekało z ludzkiego punktu widzenia nie miało być ani szczęśliwe, ani pomyślne.

Miało być krótkie, pełne cierpienia, niezrozumienia i upokorzeń. A jednak ona sama pod koniec życia napisze, że nie zamieniłaby go na żadne inne. W zgromadzeniu istniały wtedy dwa chóry, jak to nazywano. Siostry wykształcone kierowały domami i pracą wychowawczą. A siostry drugiego chóru, te bez wykształcenia, wykonywały prace fizyczne.

Faustyna ze swoimi trzema klasami trafiła oczywiście do drugiego chóru. Kuchnia, piekarnia, ogród, furta, garnki, grządki, dzwonek przy drzwiach. Przez 13 lat życia zakonnego przeszła przez wiele domów zgromadzenia, między innymi w Warszawie, Wilnie, Płocku i Krakowie. I wszędzie robiła to samo. Najzwyklejsze rzeczy świata.

Siostry, które z nią mieszkały, zapamiętały ją jako cichą, uśmiechniętą, czasem jakby nieobecną. Niektóre uważały ją za dziwaczkę, inne za histeryczkę. Jeszcze inne wzruszały ramionami. Nikt, dosłownie nikt z jej otoczenia nie miał pojęcia, że ta siostra od garnku prowadzi równolegle drugie życie.

życie, w którym rozmawia z niebem tak, jak my rozmawiamy przy stole. I właśnie w tym ukrytym życiu wydarzyło się coś, co zmieniło historię kościoła. Była zimna lutowa niedziela w Płocku, rok 1931. Faustyna była wieczorem w swojej celi i wtedy zobaczyła to, co potem miliony ludzi zobaczą na obrazie wiszącym w kościołach na całym świecie.

22 lutego 1931 roku. Wieczór. Faustyna zapisała później dokładnie co się stało. Ujrzała Jezusa w białej szacie. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, druga dotykała szaty na piersi. A z tego miejsca, spod lekko uchylonej szaty, wychodziły dwa wielkie promienie. Jeden czerwony, drugi blady, jasny jak światło przechodzące przez wodę.

Faustyna patrzyła w milczeniu, jak sama napisała, z lękiem, ale i z radością wielką. I wtedy usłyszała polecenie, które brzmiało jak zadanie niewykonalne. Jezus zażądał, aby namalowała obraz według tego, co widzi, z podpisem Jezu, ufam tobie. powiedział, że pragnie, aby ten obraz czczono najpierw w jej kaplicy, a potem na całym świecie i dodał obietnicę, że dusza, która będzie czcić ten obraz, nie zginie.

Zatrzymajmy się na chwilę. Prosta zakonnica od garnków słyszy, że ma namalować obraz. Ona, która nie umie malować. Ona, która nie ma pieniędzy, znajomości, ani żadnej możliwości, żeby cokolwiek takiego zorganizować. i ma sprawić, żeby ten obraz czczono na całym świecie. To tak, jakby dziś ktoś sprzątający biura usłyszał, że ma stworzyć dzieło, które obejdzie wszystkie kontynenty.

Co zrobiła Faustyna? Poszła do spowiednika. Spowiednik powiedział jej, że chodzi o obraz duchowy, że ma malować Boży obraz w swojej duszy. Wygodna interpretacja. Ale gdy tylko odeszła od konfesjonału, usłyszała wewnętrznie, że obraz ma być namalowany pędzlem, naprawdę, na płótnie. Powiedziała przełożonym. Przełożone zażądały znaku, dowodu, czegokolwiek.

Siostry zaczęły szeptać. Jedne z ironią pytały, czy Faustyna widziała dziś Pana Jezusa. Inne uznały ją za fantastkę. Jeszcze inne donosiły przełożonym o jej dziwactwach. Zaczęło się coś, co będzie trwało latami. Samotność człowieka, który widzi coś, czego nie widzi nikt inny i nie może tego udowodnić. Faustyna cierpiała tak bardzo, że w pewnym momencie prosiła Jezusa, żeby te wizje ustały, żeby zabrał od niej ten ciężar.

W odpowiedzi usłyszała, że łaski jej dane nie są tylko dla niej, ale dla wielu dusz. Innymi słowy, to nie jest twoja prywatna sprawa. To wiadomość, a ty jesteś tylko listonoszem, a listonosz nie wybiera, co doręcza. Na wykonanie polecenia trzeba było czekać trzy lata. Wszystko zmieniło się, gdy Faustynę przeniesiono do Wilna i gdy w jej życiu pojawił się człowiek, bez którego prawdopodobnie nigdy nie usłyszelibyśmy o Bożym miłosierdziu w tej formie.

Ksiądz Michał Sopoćko, profesor teologii, spowiednik sióstr. Człowiek uczony, trzeźwy, wręcz sceptyczny. Gdy Faustyna zaczęła mu opowiadać o swoich wizjach, zrobił dokładnie to, co powinien zrobić rozsądny człowiek. Nie uwierzył na słowo. Zlecił pełne badanie jej stanu psychicznego. Psychiatra wydała opinię jednoznaczną. Siostra Faustyna jest zdrowa, zrównoważona, bez cienia histerii czy urojeń.

Sopoćko obserwował ją dalej, miesiącami i stopniowo docierało do niego coś, co sam później opisał. Ta prosta siostra mówi o tajemnicach teologicznych z precyzją, jakiej nie osiągają doktorzy. Gdzieś tu przestał być tylko spowiednikiem, a stał się współpracownikiem misji. To on znalazł malarza.

Eugeniusz Kazimirowski, artysta mieszkający w tym samym budynku co Sopoćko. Od stycznia 1934 roku Faustyna raz w tygodniu przychodziła do pracowni i opisywała, co ma być na płótnie. Pozycja dłoni, kierunek spojrzenia, kolor promieni. Praca trwała około pół roku, a gdy obraz był gotowy, stało się coś, co pokazuje, jak bardzo ludzka jest ta cała historia.

Faustyna zobaczyła gotowe dzieło i rozpłakała się. Poszła do kaplicy i skarżyła się Jezusowi, że nikt nie namaluje go tak pięknym, jakim jest naprawdę. I wtedy usłyszała odpowiedź, którą warto zapamiętać na zawsze. Usłyszała, że wielkość tego obrazu nie leży w piękności farby ani pędzla, ale w jego łasce.

Nie liczy się doskonałość narzędzia, liczy się to, co przez nie przepływa. Wtedy też zapytała, co oznaczają te dwa promienie. I otrzymała wyjaśnienie, że blady promień oznacza wodę, która usprawiedliwia duszę, a czerwony oznacza krew, która jest życiem dusz. Oba wyszły z wnętrza jego serca w chwili, gdy na krzyżu włócznia otworzyła jego bok.

Woda i krew, chrzest i Eucharystia. Cała historia zbawienia zamknięta w dwóch smugach światła. I jeszcze jedna obietnica dopisana do tego wyjaśnienia. Szczęśliwy, kto będzie żył w cieniu tych promieni, bo nie dosięgnie go sprawiedliwa ręka Boga. Obraz po raz pierwszy pokazano publicznie w kwietniu 1935 roku w ostrej bramie w Wilnie podczas zakończenia jubileuszu odkupienia świata.

wisiał wysoko w oknie, tak że widziano go z daleka. Faustyna zapisała, że gdy kapłan mówił o miłosierdziu, obraz przybrał w jej oczach żywą postać, a promienie z niego przenikały serca zgromadzonych ludzi. Tłum patrzył na wizerunek, o którym nikt jeszcze nie wiedział, czym się stanie. Dziś kopie tego obrazu wiszą na wszystkich kontynentach, w katedrach i w więziennych celach, w szpitalach i w chatach z blachy.

Podpis pod nim przetłumaczono na setki języków. Jezu, ufam tobie. Trzy słowa, które wystarczą za całą teologię. Ale obraz był dopiero początkiem, bo w Wilnie Faustyna zaczęła słyszeć rzeczy, które wykraczały daleko poza malarstwo. Zaczęła słyszeć o święcie, którego jeszcze nie było w kalendarzu.

O modlitwie, której jeszcze nikt na Ziemi nie znał i o czasie, który nadchodzi dla świata. Właśnie wtedy padły po raz pierwszy słowa o dniu, którego to wszystko było przygotowaniem. I zanim opowiem ci o wizji piekła i o zapowiedziach dotyczących końca czasów, muszę ci najpierw opowiedzieć o pewnym wieczorze, gdy Faustyna zobaczyła nad ziemią anioła.

Anioła, który przyszedł nie z pociechą, ale z karą. Bo to właśnie tamtego wieczoru narodziła się modlitwa, którą dziś, w tej chwili, gdy słuchasz tych słów, ktoś gdzieś na świecie odmawia. Był wrzesień 1935 roku. Faustyna zapisała, że wieczorem w swojej celi ujrzała anioła, wykonawcę gniewu Bożego. Był w szacie jasnej, z obliczem jaśniejącym, a pod jego stopami widziała obłok, z którego wychodziły pioruny i błyskawice prosto w jego ręce, a z jego rąk miały uderzyć w ziemię.

zrozumiała, że anioł ma dotknąć ziemi karą za grzechy i zrozumiała, że dotknie konkretnego miejsca. Zaczęła prosić, błagać, żeby się wstrzymał, żeby dać światu jeszcze czas, ale jej prośba, jak napisała, była niczym wobec tego majestatu. Sama jej modlitwa, jej własne słowa okazały się bezsilne. I wtedy stało się coś niezwykłego.

Ujrzała Trójcę Świętą. A w sobie poczuła moc łaski Jezusa. I zaczęła się modlić słowami, które słyszała wewnętrznie, słowami, których nikt jej nie nauczył. Ojcze przedwieczny, ofiaruję ci ciało i krew, duszę i bóstwo najmilszego syna twojego, a pana naszego Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.

Gdy tak się modliła, zobaczyła, że anioł stał się bezsilny. nie mógł wypełnić kary. Pioruny zgasły w jego dłoniach. Jedna zakonnica jedną modlitwą zatrzymała rękę wymierzającą sprawiedliwość. Następnego dnia, gdy weszła do kaplicy, usłyszała dokładne pouczenie, jak tę modlitwę odmawiać na zwykłym różańcu i usłyszała obietnice, które do dziś zdumiewają swoją skalą.

że przez odmawianie tej koronki podoba się Bogu dać wszystko, o co ludzie prosić będą, jeżeli będzie to zgodne z jego wolą. Że kto choć raz ją odmówi, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia, że dusze, które będą ją odmawiać, ogarnie miłosierdzie w życiu, a szczególnie w godzinie śmierci. I obietnica najbardziej przejmująca ze wszystkich.

Gdy tę koronkę odmawiać będą przyonającym, uśmierzy się gniew Boży, a miłosierdzie niezgłębione ogarnie duszę. Innymi słowy, ta modlitwa miała być ostatnią deską ratunku dla umierających, kluczem wciskanym w dłoń człowieka w ostatniej sekundzie przed przekroczeniem progu. Tak narodziła się koronka do Bożego Miłosierdzia. Dziś odmawiają ją miliony ludzi we wszystkich strefach czasowych, co oznacza, że praktycznie nie ma takiej minuty w ciągu doby, w której gdzieś na ziemi ktoś nie wypowiadałby tych słów.

Modlitwa podyktowana w celi zakonnej w Wilnie stała się jedną z najczęściej odmawianych modlitw świata. A przecież wtedy w 1935 roku, znały ją tylko dwie osoby, Faustyna i jej spowiednik. Do koronki doszła jeszcze jedna rzecz. Godzina. Jezus prosił Faustynę, aby o 3:00 południu w godzinie swojej śmierci na krzyżu zanurzała się w jego miłosierdziu.

Nazwał tę godzinę godziną wielkiego miłosierdzia dla świata całego. Powiedział, że w tej godzinie nie odmówi niczego duszy, która prosi go przez jego mękę. Pomyśl o tym w ten sposób. Wyobraź sobie, że istnieje pora dnia, w której drzwi zwykle uchylone otwierają się na oścież. Godzina 15:00. Większość z nas o 15:00 siedzi w pracy, stoi w korku, przewija telefon.

A według zapisków Faustyny to jest właśnie ten moment doby, w którym niebo nasłuchuje nauważniej. Obiecałem ci na początku, że powiem, dlaczego ta godzina ma znaczenie, którego większość ludzi nie zna. To jest właśnie ta tajemnica. Nie chodzi o magię konkretnej cyfry na zegarze. Chodzi o to, że w tamtej godzinie około 3:00 po południu na wzgórzu za Jerozolimą miłosierdzie zwyciężyło nad sprawiedliwością.

I każdy, kto w tej godzinie choćby na sekundę o tym pomyśli, staje, jak pisała Faustyna, pod samym krzyżem. tam, gdzie wypłynęły tamte dwa promienie. I było jeszcze trzecie żądanie, święto. Jezus wielokrotnie powtarzał Faustynie, że pragnie, aby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem miłosierdzia i do tego święta przywiązał obietnicę, która teologom zaparła dech.

Powiedział, że kto w tym dniu przystąpi do spowiedzi i komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. zupełnego. To tak jakby wszystko, całą historię człowieka, wszystkie jego upadki wymazano jednym pociągnięciem, jakby człowiek wracał do stanu tuż po chrzcie z czystą kartą. Faustyna zapisała słowa, że w tym dniu otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski.

I niech się nie lęka zbliżyć do Boga żadna dusza, choćby jej grzechy były jak szkarłat. Choćby jej grzechy były jak szkarłat. Zatrzymaj się przy tym zdaniu, bo ono jest sercem całego przesłania. To nie jest oferta dla porządnych. To jest oferta wykrzyczana w stronę tych, którzy są przekonani, że dla nich już nie ma ratunku. Faustyna wielokrotnie zapisywała, że największym prawem do miłosierdzia jest właśnie nędza człowieka, jego upadek, jego dno.

Że najwięksi grzesznicy mają pierwszeństwo. Pierwszeństwo. W świecie, w którym wszystko trzeba sobie zasłużyć, wypracować, wygrać w konkurencji z innymi, to przesłanie brzmi jak coś z innej rzeczywistości. I dokładnie tym miało być wszystko to Faustyna zapisywała w zwykłych zeszytach. Zaczęła w Wilnie w lipcu 1934 roku na wyraźne polecenie księdza Sopoćki, który zrozumiał, że jeśli te rzeczy nie zostaną spisane na bieżąco, przepadną.

Pisała wieczorami po całym dniu pracy w kuchni czy w ogrodzie, zwykłym piórem, robiąc błędy ortograficzne dziewczyny po trzech klasach. Pisała bez skreśleń, bez redagowania, bez brudnopisów. Sześć zeszytów, około 600 stron drukowanych. Dziś ten tekst nosi tytuł Dzienniczek i jest jednym z najczęściej tłumaczonych polskich dzieł w historii.

A znawcy mistyki stawiają go na półce obok pism największych mistyków kościoła. W pewnym momencie, na początku Faustyna uległa zresztą potrzeptowi, żeby to wszystko spalić i spaliła część pierwszych zapisków. Gdy wyznała to spowiednikowi, kazał jej odtworzyć wszystko z pamięci. Dlatego początek dzienniczka ma nieco poplątaną chronologię.

Wspomnienia mieszają się z bieżącymi wydarzeniami. Nawet to jest w tej historii prawdziwe i ludzkie. Żadnej wygładzonej legendy. Zeszyty, atrament i zmęczona kobieta pisząca nocą. A w tych zeszytach między opisami codziennych upokorzeń i modlitw zaczęły pojawiać się fragmenty, od których robi się zimno. Bo Faustynie pokazano nie tylko miłosierdzie, pokazano jej również to, co czeka tych, którzy miłosierdzie ostatecznie odrzucą.

I to jest ta część jej zapisków, o której mówi się najciszej, a która wstrząsa najmocniej. W październiku 1936 roku Faustyna zapisała relację, którą do dziś czyta się z trudem. napisała, że była pod przewodnictwem anioła w miejscu, które nazwała czeluściami piekła. Zaznaczyła, że pisze o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie mogła się wymawiać, że piekła nie ma, albo że nikt tam nie był i nie wie, jak tam jest.

Wyliczyła po kolei rodzaje cierpień, które tam widziała. Utratę Boga jako mękę pierwszą i największą. Nieustanny wyrzut sumienia, świadomość, że ten stan nigdy się nie zmieni. Ogień, który nie niszczy, a pali. Ciemność mimo ognia i przeraźliwy zapach. Nieustanne towarzystwo szatana, rozpacz, nienawiść do Boga, złorzeczenia i bluźnierstwa.

I dopisała rzecz, która mrozi najbardziej, że są tam ponadto męki osobne dotykające poszczególnych dusz w tym, czym grzeszyły. Każdy niesie tam swoje własne, uszyte na miarę cierpienie. Ale najważniejsze zdanie z tego opisu jest inne. Faustyna zanotowała, że większość dusz, które tam widziała, to dusze, które za życia nie wierzyły, że piekło istnieje.

Nie najgorsi zbrodniarze, niedowiarkowie, ludzie, którzy machnęli ręką. I dodała, że gdy to zobaczyła, ledwo przyszła do siebie i że odtąd modli się jeszcze goręcej o nawrócenie grzeszników, bo woli do końca świata konać w największych katuszach, niż mieć obrazić Boga najmniejszym grzechem. Zauważ, że w jej relacji nie ma cienia satysfakcji, żadnego straszenia dla straszenia.

Jest przerażenie kogoś, kto zobaczył przepaść i teraz biegnie wzdłuż krawędzi, odciągając od niej każdego, kogo zdoła złapać za rękaw. Cała jej misja miłosierdzia nabiera senso dopiero na tle tej wizji. Ona wiedziała, przed czym ratuje. Widziała też czyściec. Jeszcze jako nowicjuszka zapisała, że anioł zaprowadził ją do miejsca mglistego, wypełnionego ogniem, w którym cierpiało mnóstwo dusz.

Dusze te modliły się, ale skutecznie pomóc mogły im dopiero nasze modlitwy stąd, z ziemi. Zapytała, co jest ich największym cierpieniem? I usłyszała jednogłośną odpowiedź: tęsknota za Bogiem. Widziała, jak Matka Boża odwiedza te dusze i przynosi im ochłodę. Wychodząc stamtąd, usłyszała słowa, że miłosierdzie Boże tego nie chce, ale sprawiedliwość się tego domaga.

Od tamtej pory Faustyna ofiarowywała za dusze czyśćcowe wszystko co mogła, każdą modlitwę i każde cierpienie, bo zrozumiała, że my tutaj mamy w rękach coś, czego oni tam nie mają. Czas i wybór. I tu dochodzimy do warstwy jej życia, która jest najtrudniejsza do opowiedzenia, bo wykracza poza wszystko, co znamy z codzienności.

Faustyna złożyła siebie w ofierze. Świadomie na piśmie, za zgodą spowiednika ofiarowała się jako żertwa za grzeszników, szczególnie za dusze, które utraciły ufność w Boże miłosierdzie. Zgodziła się przyjmować cierpienia w zastępstwie za innych i cierpienia przyszły. Nie tylko choroba, o której za chwilę.

Przyszły również noce ciemności duchowej, w których czuła się całkowicie opuszczona przez Boga, przekonana o własnym potępieniu, wystawiona na pokusy rozpaczy. Mistycy nazywają to nocą ciemną duszy. Przechodzili przez nią najwięksi. To stan, w którym człowiek, który żył wyłącznie dla Boga, przestaje go czuć, jakby po drugiej stronie zapadła absolutna cisza.

Faustyna opisywała te okresy jako cierpienie gorsze od fizycznego, a jednak nigdy, ani razu nie przestała powtarzać trzech słów z podpisu obrazu: Jezu, ufam tobie. Ufam nie dlatego, że czuję, ufam wbrew temu, że nie czuję nic. Do tego dochodziły upokorzenia najzwyklejsze, ludzkie, małe. Część sióstr uważała ją za mistyfikatorkę albo za chorą.

padały uszczypliwości, złośliwe uwagi, oskarżenia o wywyższanie się. Jedna z sióstr wprost wygarnęła jej, że jest dziwaczką i histeryczką. Przełożone raz jej wierzyły, raz nie. Ciągle badano ją, sprawdzano, odsyłano od decyzji do decyzji. Wyobraź sobie życie, w którym niebo mówi ci rzeczy przekraczające pojęcie, a ziemia codziennie daje ci do zrozumienia, że jesteś nikim.

Jedno i drugie działo się jednocześnie w tym samym ciele, w tej samej kuchni, przy tych samych garnkach. Faustyna zapisała kiedyś gorzko i pięknie zarazem, że miłość wytrzyma wszystko i wytrzymała. W grudniu 1936 roku po raz pierwszy trafiła do sanatorium na prądniku pod Krakowem, dzisiejszym krakowskim szpitalu.

Diagnoza brzmiała: gruźlica płuc i przewodu pokarmowego. Choroba nieuleczalna w tamtych czasach, wyniszczająca powoli i boleśnie. będzie wracać do tego sanatorium jeszcze w 1937 i 8 roku na długie miesiące. I rzecz zdumiewająca, to właśnie tam, w izolatce dla grźlików, wśród kaszlu i gorączki jej życie mistyczne rozbłysło najjaśniej.

Tam zapisywała jedne z najważniejszych fragmentów dzienniczka. Tam godzinami rozmawiała wewnętrznie z Jezusem. Tam też, przy łóżkach umierających pacjentów odmawiała po cichu koronkę i notowała, że widziała jak konający oddawali ducha w niezwykłym pokoju, gdy tylko wypowiedziała słowa tej modlitwy. Sanatorium stało się jej polem misyjnym.

Umierająca ratowała umierających. Im była słabsza, tym częściej jej zapiski wybiegały poza jej własne życie. zaczęły dotyczyć Polski, świata, przyszłości. I tu docieramy do tych stron dzienniczka, które od dziesięcioleci nie dają ludziom spokoju, do zapowiedzi, które Faustyna zostawiła nam wszystkim. Posłuchaj teraz uważnie, bo to co za chwilę usłyszysz to nie są legendy dopisane po latach ani zasłyszane proroctwa z internetu.

To zdania, które istnieją czarno na białym w jej zeszytach, zbadane przez kościół i uznane za wolne od błędów w wierze. I właśnie dlatego robią takie wrażenie. Pierwsza zapowiedź dotyczy znaku na niebie. Faustyna zapisała słowa, które usłyszała od Jezusa o dniu ostatecznym. Zanim przyjdzie jako sędzia sprawiedliwy, ukaże się najpierw znak na niebie.

Zgaśnie wszelkie światło na niebie i na ziemi. Będzie ciemność zupełna. Wtedy ukaże się na niebie znak krzyża, a z otworów, gdzie były przebite ręce i nogi Zbawiciela, będą wychodziły wielkie światła, które przez jakiś czas będą oświecać ziemię. Będzie to na krótki czas przed dniem ostatecznym. Przeczytaj to sobie jeszcze raz w myślach.

Całkowita ciemność, zgasłe niebo i jeden jedyny znak świetlny nad światem. Krzyż, z którego ran bije światło. Nie jest to opis mający przerażać. Zauważ, co jest jego treścią. Nawet w ostatniej ciemności, tuż przed samym końcem, ostatnią rzeczą, jaką ludzkość zobaczy przed sądem, będzie nie gniew, ale rany. ślady tego, co miłosierdzie już zrobiło dla człowieka, jakby niebo do ostatniej sekundy pokazywało ludziom drzwi, które wciąż jeszcze są otwarte.

Druga zapowiedź jest jeszcze bardziej bezpośrednia, bo dotyczy porządku, w jakim toczy się historia. Faustyna zanotowała polecenie, aby mówić światu o wielkim miłosierdziu, bo jest to znak na czasy ostateczne, a po nim przyjdzie dzień sprawiedliwy. Zapisała wezwanie, aby póki jest czas, ludzie uciekali się do źródła miłosierdzia i korzystali z krwi i wody, która za nich wypłynęła.

W innym miejscu zanotowała słowa jeszcze prostsze i jeszcze mocniejsze. Kto nie chce przejść przez drzwi miłosierdzia, ten musi przejść przez drzwi sprawiedliwości. Nie ma trzecich drzwi. Zanotowała też, że dzień sprawiedliwości jest przedłużany ze względu na dusze, które wynagradzają i błagają i że gdyby nie one, świat już by nie istniał w obecnym kształcie.

Pomyśl o tym. Według tych zapisków historia świata trwa dłużej niż powinna, dlatego że gdzieś po cichu modlą się ludzie, o których nikt nie wie. I trzecia zapowiedź, ta, która dla Polaków ma ciężar szczególny. W jednym z ostatnich fragmentów dzienniczka Faustyna zapisała słowa o swojej ojczyźnie, że Polskę szczególnie umiłował, a jeśli posłuszna będzie jego woli, wywyższy ją w potędze i świętości i że z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście jego.

Iskra z Polski. Przez dziesięciolecia spierano się, czym lub kim jest ta iskra. Gdy w 1978 roku na balkon bazyliki watykańskiej wyszedł papież z Krakowa, człowiek, który jako młody robotnik w czasie wojny chodził obok murów klasztoru w Łagiewnikach do pracy w zakładach chemicznych, wielu uznało, że iskra ma twarz.

Inni wskazują na samo orędzie miłosierdzia, które z Polski rozeszło się na cały glob. Jeszcze inni uważają, że iskrapiero się tli. Nie rozstrzygniemy tego dzisiaj, ale sam fakt, że mała zakonnica w przedniu największej wojny w dziejach pisze, że z jej zdeptanego wkrótce kraju wyjdzie coś, co przygotuje cały świat na finał historii i że kilkadziesiąt lat później nikt już się z tego zdania nie śmieje, mówi sam za siebie, bo trzeba pamiętać w jakim momencie te słowa padały.

Był rok 1938. Za rok wybuchnie II wojna światowa. Faustyna nie doczekała jej o 11 miesięcy, ale jej zapiski pełne są przeczuć nadchodzącej burzy. Notowała, że widziała nad Polską groźne chmury, że modliła się za ojczyznę, że rozumiała, iż nadchodzi cierpienie straszliwe. Ksiądz Sopoćko wspominał, że mówiła mu wprost o nadchodzącej strasznej wojnie.

A siostry z klasztoru zapamiętały, że przed śmiercią mówiła o karze, która idzie na świat i o tym, że miłosierdzie chce wpierw dać ludziom ostatnią szansę. Gdy we wrześniu 39 roku na Warszawę spadły pierwsze bomby, siostry ze zgromadzenia przypomniały sobie jej słowa, a potem stało się coś, czego nikt nie planował.

W środku okupacyjnej nocy, w kraju zamienionym w cmentarz, nabożeństwo do miłosierdzia bożego zaczęło się rozchodzić jak pożar. Obrazki z Jezusem miłosiernym i koronka wędrowały z rąk do rąk, do obozów, do więzień, na fronty, wszędzie tam, gdzie ludzie nie mieli już nic poza nadzieją. Przesłanie przeznaczone na czasy ciemności trafiło dokładnie w swój czas.

Żołnierze polscy roznieśli je po całym świecie. To jest jeden z najbardziej niesamowitych zwrotów tej historii. Wojna, która miała wszystko zniszczyć, stała się wiatrem, który rozniósł te słowa po kontynentach. Wróćmy jednak do samej Faustyny, bo zbliżamy się do jej ostatnich miesięcy, a obiecałem ci opowiedzieć, co widziała, gdy umierała.

Wiosną 1938 roku jej stan gwałtownie się pogorszył. W kwietniu po raz ostatni przewieziono ją do sanatorium na prądniku. ważyła coraz mniej. Gorączka nie ustępowała, jelita odmawiały przyjmowania pokarmu. Cierpiała głód, bo organizm nie przyswajał jedzenia i ukrywała skalę swojego cierpienia tak skutecznie, że dopiero lekarze uświadomili siostrom, jak bardzo jest wyniszczona.

W czerwcu przestała pisać dzienniczek. Ostatnie zdania, jakie w nim zostawiła, mówią o tym, że zasłania się ofiarą Jezusa, a na osobnej stronie zanotowała wcześniej modlitwę, w której prosiła, aby jej dusza stała się cała miłosierna, aby jej oczy, uszy, język, ręce, nogi i serce były miłosierne. Cała do ostatniego nerwu chciała być przelana w jedno słowo.

We wrześniu przewieziono ją z powrotem do klasztoru w Łagiewnikach, bo było jasne, że to kwestia tygodni. I tu zaczyna się finał, o którym mówi się najmniej, a który jest może najpiękniejszym fragmentem całej tej historii. Siostry, które opiekowały się nią w ostatnich tygodniach, zostawiły wspomnienia, które czyta się jak zapis z pogranicza dwóch światów.

Faustyna nie bała się śmierci. Więcej czekała na nią jak na spotkanie, do którego przygotowywała się całe życie. mówiła siostrom, że odejdzie wtedy, kiedy Pan zechce i zapowiadała spokojnie, że jej misja nie skończy się ze śmiercią, ale się wtedy dopiero zacznie. Zapisała to zresztą wcześniej w dzienniczku czarno- na białym.

Czuję dobrze, że nie kończy się posłannictwo moje ze śmiercią, ale się zacznie. Pomyśl, jak brzmi takie zdanie w ustach nikomu nieznanej, umierającej zakonnicy drugiego chóru. Po ludzku to niemal zuchwałość. Z perspektywy czasu to jedno z najdokładniej spełnionych zdań, jakie kiedykolwiek zapisano po polsku. W ostatnich miesiącach jej wizje stały się częstsze i jaśniejsze, jakby zasłona już ledwo się trzymała.

Zapisała, że widziała Jezusa przychodzącego do niej w postaci, jaką znała z obrazu i że zapewnił ją o chwale, jaka czeka jej misję. widziała Matkę Bożą, która jak zanotowała wcześniej, nazwała ją swoją córką i poleciła jej cierpliwość i łagodność do końca. Kapelan i spowiednicy, którzy odwiedzali ją w tych tygodniach, wychodzili z jej izolatki poruszeni.

Ksiądz Sopoćko, który widział ją na krótko przed śmiercią, zastał ją w ekstazie zatopioną w modlitwie i napisał później, że wyglądała jak istota nieziemska i że wtedy już nie miał najmniejszych wątpliwości. że to co spisała w zeszytach przekracza ludzkie pochodzenie. 5 października 1938 roku wieczorem poprosiła o przybycie kapłana.

Przyjęła ostatnie sakramenty w pełnej przytomności. Siostry klęczały przy łóżku i modliły się. Kilka minut przed 11:00 w nocy siostra Maria Faustyna Kowalska otworzyła oczy. spojrzała gdzieś ponad obecnych, jakby widziała kogoś, kogo inni nie widzieli i cicho oddała ducha. Miała 33 lata, dokładnie tyle, ile miał ten, któremu oddała wszystko.

Pogrzeb odbył się dwa dni później. Nie było tłumów, nie było przemówień. Trumnę ubogiej zakonnicy złożono w zbiorowym grobowcu na cmentarzu klasztornym w Łagiewnikach. Świat się nie zatrzymał. świat w ogóle nie zauważył. Gazety pisały wtedy o polityce, o Europie balansującej na krawędzi wojny. Nikt nie wiedział, że właśnie odeszła kobieta, której imię przetrwa wszystkie tamte nagłówki.

A potem historia jej przesłania potoczyła się drogą tak nieprawdopodoboną, że gdyby ktoś napisał taki scenariusz, uznano by go za przesadzony. Najpierw wojna, o której już mówiłem, rozniosła nabożeństwo po świecie, ale po wojnie przyszedł cios, którego nikt się nie spodziewał. W 1959 roku Stolica Apostolska zakazała szerzenia nabożeństwa do miłosierdzia Bożego w formach zaproponowanych przez Faustynę.

zakazała. [wciągnięcie powietrza] Powód był prozaiczny i aż wstyd go wypowiedzieć. Błędne tłumaczenia. Dzienniczek przepisywano ręcznie, tłumaczono z odpisów pełnych pomyłek i do Rzymu dotarły teksty, w których zniekształcono sens jej słów. Na podstawie wadliwych kopii uznano, że pisma budzą wątpliwości. Obrazy zdejmowano ze ścian kościołów.

Przez prawie 20 lat dzieło Faustyny było oficjalnie wstrzymane, a ona sama figurowała jako wizjonerka, wobec której należy zachować dystans. Ksiądz Sopoćko doświadczał z tego powodu upokorzeń do końca życia i gdyby historia zatrzymała się w tym miejscu, dziś nikt z nas nie znałby jej imienia.

Ale w Krakowie był arcybiskup, który nie dał sprawie umrzeć, Karol Wojtyła. To on doprowadził do rzetelnego procesu informacyjnego, do krytycznego opracowania dzienniczka z oryginałów, słowo po słowie i do ponownego zbadania sprawy przez Rzym. W 1978 roku po analizie oryginalnych tekstów Stolica Apostolska cofnęła zakaz. Nabożeństwo było wolne, a pół roku później ten sam Karol Wojtyła został papieżem i przyjął imię Jan Paweł II.

Człowiek, który uratował sprawę Faustyny, stanął na czele Kościoła. Jeśli ktoś szuka w historii momentów, w których zbiegi okoliczności układają się zbyt idealnie, żeby były tylko zbiegami okoliczności, to trudno o lepszy przykład. Dalej wszystko potoczyło się jak lawina. W 1993 roku Faustyna została beatyfikowana, a 30 kwietnia 2000 roku na placu Świętego Piotra w Rzymie Jan Paweł II ogłosił ją świętą.

była pierwszą świętą kanonizowaną w nowym tysiącleciu. Tego samego dnia papież ustanowił dla całego kościoła święto miłosierdzia bożego w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Dokładnie to, o co Faustyna zabiegała od 1931 roku i czego nie doczekała za życia stało się faktem obowiązującym na całym globie. Od polecenia usłyszanego w celi w Płocku do dekretu dla miliarda wiernych minęło 69 lat.

Niebo, jak widać nie działa w naszym tempie, ale działa do skutku. Jest jeszcze jedna data, o której trzeba powiedzieć, bo domyka ona tę historię klamrą, od której przechodzą ciarki. W 2005 roku Jan Paweł II, papież miłosierdzia, człowiek iskry z Krakowa, umierał w Watykanie. Odszedł 2 kwietnia wieczorem w pierwszą sobotę miesiąca w wigilię święta miłosierdzia bożego.

Tego samego święta, które sam ustanowił na prośbę zapisaną w dzienniczku. Odszedł dokładnie na progu dnia, który Faustynie obiecano jako dzień otwartych upustów łaski. Można w tym widzieć przypadek. Można też zobaczyć podpis. Dziś na Łagiewnikach, tam gdzie Faustyna umierała w ciszy i zapomnieniu, stoi Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, do którego co roku przyjeżdżają miliony pielgrzymów z całego świata.

W 2002 roku Jan Paweł II dokonał tam aktu, który sam nazwał odpowiedzią na wołanie czasów. Zawierzył cały świat bożemu miłosierdziu. Cały świat. Powiedział wtedy słowa, które brzmią jak echo zapisków z dzienniczka, że poza miłosierdziem Boga nie ma dla człowieka innego źródła nadziei.

W kaplicy klasztornej w bocznym ołtarzu pod słynącym łaskami obrazem spoczywają relikwie Faustyny. Kobieta, której pogrzeb nikogo nie obchodził, leży dziś w miejscu, przed którym klękają ludzie ze wszystkich kontynentów, prezydenci i bezdomni, uczeni i dzieci. Jej dzienniczek przetłumaczono na kilkadziesiąt języków. Jest czytany w Japonii i w Brazylii, na Filipinach i w Stanach Zjednoczonych, w Afryce i za kołem podbiegunowym.

Trzy klasy wiejskiej szkoły. Pamiętasz? Ale zostawmy na chwilę daty i pomniki, bo istnieje ryzyko, że cała ta historia zamieni się nam w piękny posąg, a posągi się podziwia i idzie dalej. Tymczasem dzienniczek nie został napisany do podziwiania. został napisany jako instrukcja. I teraz chcę ci opowiedzieć, co konkretnie jest w tej instrukcji, bo to jest ta część, która dotyczy już nie Faustyny, ale ciebie i mnie.

Zacznijmy od rzeczy, która w jej zapiskach powraca jak refren. ufność. Faustyna zanotowała słowa, że łaski z miłosierdzia czerpie się jednym naczyniem, a jest nim ufność i że dusza, która zaufa najwięcej, najwięcej otrzyma. Zwróć uwagę, czego tu nie ma. Nie ma słowa o zasługach, nie ma słowa o doskonałości. Naczyniem nie jest bezgrzeszność, nie jest wykształcenie teologiczne, nie jest liczba odmówionych modlitw.

Naczyniem jest ufność. To znaczy, że człowiek, który upadł 100 razy, ale przychodzi setny pierwszy raz z ufnością, ma większe naczynie niż ten, kto jest poprawny, ale trzyma Boga na dystans. W świecie, który mierzy nas wynikami, ocenami, lajkami i słupkami, to jest przewrót kopernikański. Wartość człowieka przed Bogiem nie zależy od jego wyników.

zależy od tego, czy potrafi się rzucić w otwarte ramiona. Druga rzecz z instrukcji. Miłosierdzie nie jest uczuciem, tylko czynem. Faustyna zapisała pouczenie, że ma spełniać uczynki miłosierdzia zawsze i wszędzie i że są trzy sposoby ich czynienia: czyn, słowo i modlitwa. Trzy stopnie jak trzy schodki. Jeśli nie możesz komuś pomóc czynem, bo nie masz sił, środków albo możliwości, możesz pomóc słowem, dobrym, podnoszącym, prawdziwym.

A jeśli nawet słowa nie możesz ofiarować, zawsze w każdej sytuacji, w każdym stanie zdrowia i w każdym miejscu świata, możesz ofiarować modlitwę. Nie istnieje człowiek, który nie może pełnić miłosierdzia. Sparaliżowany może umierający może. Faustyna przykuta do łóżka, niezdolna do jedzenia pełniła je do ostatniej godziny.

To odbiera nam wszystkim najwygodniejszą wymówkę świata, że nie mamy jak. Trzecia rzecz jest najtrudniejsza i wybrzmiewa w dzienniczku z mocą, która potrafi zaboleć. Faustyna zanotowała słowa skierowane do dusz grzesznych i to nie do lekko potkniętych, ale do tych z dna, że nawet gdyby dusza była jak trup rozkładający się i po ludzku nie było już dla niej wskrzeszenia, u Boga jest inaczej i cud miłosierdzia wskrzesza taką duszę w całej pełni jak trup.

Mocniejszego obrazu nie da się już użyć. To zdanie jest adresowane do wszystkich, którzy kiedykolwiek pomyśleli: “Dla mnie już za późno. Po tym, co zrobiłem, nie ma powrotu.” Według dzienniczka takie myślenie jest jedynym prawdziwym zagrożeniem. Faustyna zapisała bowiem również zdanie odwrotne, ostrzegawcze, że dusze giną mimo gorzkiej męki Chrystusa nie dlatego, że miłosierdzia zabrakło, ale dlatego, że same z niego nie chciały skorzystać.

Drzwi nie są zamknięte od zewnątrz. Jeśli w ogóle są zamknięte, to od środka i klamka jest tylko po naszej stronie. I czwarta rzecz, o której mało kto wie, a która pokazuje jak praktyczne było myślenie Faustyny. Nowenna przed świętem miłosierdzia. Faustyna zapisała ją pod dyktando dzień po dniu od Wielkiego Piątku do soboty przed świętem.

Każdego dnia przyprowadza się przed Boga inną grupę ludzi. Pierwszego dnia całą ludzkość, zwłaszcza grzeszników. Potem kapłanów i zakonników. Potem dusze pobożne i wierne czwartego dnia, i to jest poruszające, tych którzy nie wierzą w Boga i tych, którzy go jeszcze nie znają. Piątego dnia braci odłączonych, chrześcijan innych wyznań.

Potem dusze ciche i pokorne oraz dzieci. Potem tych, którzy szczególnie czczął. ósmego dnia dusze czyśćcowe i ostatniego dziewiątego dnia dusze oziębłe, letnie, te, którym wszystko jedno, o których zapisała, że sprawiły największy ból konającemu w Ogrójcu. Spójrz na tę listę. Nikt nie został pominięty.

Cała ludzkość, wierząca i niewierząca, gorliwa i obojętna, żywa i umarła, została rozpisana na dziewięć dni. i cała bez wyjątku przyniesiona przez te same otwarte drzwi. Jeżeli chcesz wiedzieć jak wygląda mapa serca Faustyny, to jest właśnie ta mapa. Warto też opowiedzieć kilka scen z jej życia, które w skrótowych biografiach zwykle się pomija, a które mówią o niej więcej niż wszystkie tytuły. Oto jedna z nich.

W klasztorze umierała pewna siostra, która całe życie odnosiła się do Faustyny niechętnie. dokuczała jej i traktowała ją z góry. I to właśnie Faustynę ta siostra wezwała do swojego łóżka w godzinie śmierci. Bała się umierać. Faustyna usiadła przy niej, modliła się, wyprosiła jej pokój i towarzyszyła jej do końca.

A po jej śmierci, jak zanotowała, dusza tej siostry, przyszła do niej prosić o dalszą modlitwę, bo cierpiała w czyśćcu. Faustyna modliła się i ofiarowywała za nią cierpienia tak długo, aż zobaczyła ją jaśniejącą i szczęśliwą. Za kogo? Za tę, która jej dokuczała. Miłosierdzie w wykonaniu Faustyny nie było teorią z zeszytu.

było odpowiedzią na konkretną złośliwość konkretnego człowieka i to odpowiedzią rozciągniętą poza granicę śmierci. Albo scena z furty. Pewnego zimowego dnia do drzwi klasztoru zapukał młody człowiek, biedny, przemarznięty, w podartym ubraniu, obdarty i głodny, i poprosił o coś ciepłego. Faustyna pełniła akurat dyżur furtianki.

Poszła do kuchni, znalazła zupę, przyniosła mu ją skromką chleba. Człowiek zjadł, a gdy odbierała od niego kubek, jak zapisała, poznała, kim był ten żebrak i usłyszała słowa, że przyszedł skosztować owoców jej miłosierdzia. Kubek zupy podany obdartemu przy błędzie przy furcie. Według jej zapisków to właśnie tam, w tym geście wielkości pięciu minut, rozstrzygają się rzeczy ostateczne.

Nie w wielkich deklaracjach, w kubku zupy. Jeżeli z całej tej opowieści miałbyś zapamiętać tylko jeden obraz na własny użytek, zapamiętaj ten. I jeszcze jedna scena, może najbardziej niezwykła, bo pokazująca skalę jej ukrytej walki. Faustyna zapisała, że pewnej nocy modliła się za koncych grzeszników i toczyła o pojedyncze dusze prawdziwe zmagania, które opisywała jak bitwy.

Notowała, że duch ciemności nienawidzi jej modlitwy, że doświadczała ataków, pokus i szyderstw, że słyszała, iż jedna jej modlitwa niweczy całe zastępy zła. Można te fragmenty czytać z dystansem albo z wiarą, ale jednego nie można im odmówić. spójności. Przez 600 stron dzienniczka Faustyna ani razu nie przedstawia siebie jako bohaterki, zawsze jako narzędzie i to narzędzie słabe, które dziwi się, że w ogóle zostało użyte.

Nazwała siebie sekretarką miłosierdzia. Sekretarka nie pisze własnych treści. Sekretarka notuje i właśnie ta jej mała, uparta wierność notowaniu sprawiła, że dziś w ogóle możemy tę historię opowiadać. Zatrzymajmy się teraz na pytaniu, które być może chodzi ci po głowie od początku tej opowieści. Skąd pewność, że to wszystko prawda, że to nie wyobraźnia rozgorączkowanej, chorej kobiety? To pytanie zadawali sobie wszyscy, którzy się z nią zetknęli.

I trzeba uczciwie powiedzieć, kościół zadawał je sobie najgłośniej. Faustyna była badana psychiatrycznie za życia i uznana za w pełni zdrową. Jej pisma po jej śmierci przeszły przez najsurowsze sito, jakie istnieje, przez 20 lat zakazu, przez analizę teologiczną słowo po słowie, przez proces beatyfikacyjny i kanonizacyjny z udziałem lekarzy, teologów i historyków.

Do tego dochodzą udokumentowane, zbadane medycznie uzdrowienia przypisane jej wstawiennictwu, które stały się podstawą beatyfikacji i kanonizacji, w tym przypadki uznane przez komisje lekarskie za niewytłumaczalne z punktu widzenia wiedzy medycznej. I dochodzi argument najprostszy. Owoce. Drzewo poznaje się po owocach, a owocem tych zeszytów są miliony ludzi, którzy przy nich odzyskali nadzieję.

Wrócili z dna, pojednali się przed śmiercią, przebaczyli, zaczęli od nowa. Złudzenie nie owocuje tak przez 100 lat na wszystkich kontynentach. A jednocześnie, i to też trzeba powiedzieć jasno, ta historia nie potrzebuje koloryzowania. Wokół postaci Faustyny narosło z czasem sporo dopisanych legend, sensacyjnych proroctwami i wizji, których w jej zeszytach po prostu nie ma.

Ona sama nie zostawiła żadnej daty końca świata, żadnego kalendarza katastrof. Zostawiła coś znacznie poważniejszego. Kolejność. Najpierw czas miłosierdzia, potem dzień sprawiedliwości bez daty. I może właśnie brak daty jest tu najbardziej przejmujący, bo oznacza, że ten czas trwa teraz, w tej chwili, gdy słuchasz tych słów i że nikt z nas nie wie, ile go jeszcze zostało.

Gdyby podano datę, można by odłożyć sprawę na później. Bez daty zostaje tylko dzisiaj. Zapisała zresztą słowa, które są prawdopodobnie najkrótszym streszczeniem całego jej posłannictwa. Nim przyjdzie jako sędzia sprawiedliwy, przychodzi wpierw jako król miłosierdzia. Wpierw cała nadzieja świata mieści się w tym jednym słowie.

I tu wraca pytanie z początku naszej opowieści. Dlaczego najbardziej poruszające wizje przychodzą do świętych pod koniec życia? Może dlatego, że dopiero człowiek, który już nic nie musi udawać i niczego nie może zyskać, jest w stanie przekazać wiadomość czysto, bez domieszki siebie. Umierająca Faustyna nie budowała kariery, nie zbierała wyznawców, nie zakładała ruchu, leżała w izolatce i notowała.

A to, co zanotowała w ostatnich miesiącach, brzmi jak testament pisany w progu drzwi, jedną nogą już po tamtej stronie. Pisała, że czuje, iż jej posłannictwo się dopiero zacznie, że będzie wypraszać miłosierdzie dla świata, że nie zapomni o ziemi. Obiecała mówiąc wprost, że po śmierci będzie pracować dalej. Patrząc na to, co stało się z jej przesłaniem po 1938 roku, trudno oprzeć się wrażeniu, że dotrzymała słowa z nawiązką.

W tej opowieści nie może też zabraknąć jeszcze jednej postaci, która towarzyszyła Faustynie od pierwszych snów w Głogowcu do ostatniego oddechu w Łagiewnikach. Matka Boża Faustyna zapisała wiele spotkań z nią i są to zapisy zupełnie inne od wizji pełnych majestatu. Czułe, matczyne, konkretne.

Maryja nazywała ją córką. Uczyła ją trzech cnó, które jak zanotowała Faustyna są jej najdroższe pokory, czystości i miłości Bożej. Przygotowywała ją na cierpienia. Pocieszała w nocach ciemności, a w jednym z zapisów Faustyna zanotowała jej słowa o tym, że jest jej matką dzięki niezgłębionemu miłosierdziu Boga. Zwróć uwagę na te konstrukcje.

Nawet macierzyństwo Maryi zostało w tych zeszytach opisane językiem miłosierdzia. W tej historii wszystko, dosłownie każda nitka prowadzi do tego samego słowa. I jeszcze jedno spostrzeżenie, zanim przejdziemy do praktyki. Przez całe życie zakonne Faustyna nie zrobiła niczego, co świat uznałby za osiągnięcie.

Nie założyła szpitala, nie napisała uczonych ksiąg, nie wygłosiła ani jednego wykładu, nie podróżowała z misjami, gotowała zupy, piekła chleb, pieliła grządki, otwierała drzwi. Jej dzień był tak zwyczajny, że gdyby nakręcić o nim film, nikt nie wytrzymałby 10 minut. A jednak to właśnie w tym dniu między garnkiem a furtą rozegrało się jedno z największych życi duchowych w historii.

Faustyna zapisała kiedyś, że o wielkości duszy nie stanowią czyny wielkie same w sobie, ale wielkość miłości, z jaką się wykonuje rzeczy małe. Że można być wielkim w kuchni i nikim na tronie. To jest wiadomość dla każdego z nas, kto kiedykolwiek pomyślał, że jego życie jest za małe, za szare, za zwyczajne, żeby znaczyć cokolwiek.

Nie istnieje życie za małe. Istnieją tylko rzeczy małe robione z małą miłością albo z wielką. Świętość w wydaniu Faustyny nie jest karierą dla wybranych. Jest sposobem trzymania łyżki, którą nalewasz komuś zupę. Co więc z tym wszystkim zrobić dzisiaj? Bo można wysłuchać takiej historii, wzruszyć się i za godzinę o niej zapomnieć.

Faustyna zostawiła jednak przesłanie tak praktyczne, że da się je streścić w pięciu konkretnych rzeczach i pozwól, że przejdę przez nie po kolei, bo z tych pięciu rzeczy składa się całe nabożeństwo, o które prosiła. Rzecz pierwsza. Obraz ten z Płocka z dwoma promieniami i podpisem: Jezu ufam tobie. Nie chodzi o to, żeby mieć w domu ładną dekorację.

Chodzi o to, żeby mieć przed oczami przypomnienie, punkt zaczepienia dla wzroku i myśli w dni, w które wszystko się sypie. Faustyna zapisała obietnicę związaną z czcią tego obrazu, że dusza, która czcić go będzie, nie zginie i że Jezus sam bronić jej będzie jak swej chwały, szczególnie w godzinie śmierci.

Przy czym cześć nie oznacza tu zabobonnego traktowania płótna i Faustyna rozumiała to doskonale. Obraz jest jak naczynie, jak rama okna. Liczy się to, na co przez to okno patrzysz. Rzecz druga. Święto miłosierdzia. Pierwsza niedziela po Wielkanocy z tą niepojętą obietnicą zupełnego odpuszczenia win i kar dla tych, którzy przystąpią wtedy do spowiedzi i komunii.

Jeden dzień w roku, w którym według zapisków Faustyny dno naczynia łaski jest po prostu wyjęte. Ilu ludzi o tym wie? Ilu ludzi mija ten dzień co roku, nie mając pojęcia co jest w nim dostępne? To trochę tak, jakby raz w roku bank ogłaszał całkowite umorzenie wszystkich długów każdemu, kto przyjdzie do okienka, a większość dłużników nawet nie wiedziała, że taki dzień istnieje.

Rzecz trzecia. Koronka. 10 minut modlitwy na zwykłym różańcu. Modlitwa tak prosta, że nauczy się jej dziecko, a związana z obietnicami sięgającymi ostatniej godziny życia. Faustyna zapisała, że nawet grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli tylko raz odmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia. Raz.

Nie ma chyba niższego progu wejścia w całej historii duchowości. Rzecz Cwarta. Godzina 15:00. Godzina miłosierdzia. Nie trzeba wtedy klękać ani przerywać pracy. Faustyna zanotowała wskazanie, że jeśli ktoś nie może odprawić drogi krzyżowej ani wstąpić do kaplicy, niech choć na krótką chwilę, bodaj na moment, połączy się myślą z konającym na krzyżu.

Bodaj na moment. Jedno westchnienie w środku dnia pracy, jedna myśl w korku, jedno spojrzenie na zegarek połączone z aktem ufności. tak niewiele. A według jej zapisków w tej godzinie stała się łaska dla świata całego i niebo nie umie wtedy niczego odmówić. I rzecz piąta, o której mówi się najrzadziej, a którą Faustyna stawiała bardzo wysoko.

Szerzenie czci miłosierdzia, czyli mówiąc najprościej, opowiadanie o tym dalej. Życie tak, żeby inni zobaczyli w tobie odblask tego, o czym mówisz. Faustyna zanotowała obietnicę, że dusze, które szerzą cześć miłosierdzia, Jezus osłaniać będzie przez całe życie, jak czuła matka swe niemowle, a w godzinę śmierci nie będzie im sędzią, ale zbawicielem.

Zwróć uwagę, nawet ta sama godzina, godzina śmierci, wraca w każdej z tych pięciu rzeczy jak refren. Całe to nabożeństwo jest w gruncie rzeczy jednym wielkim przygotowaniem człowieka na jego najważniejszy moment, na tę jedną chwilę, w której wszystko inne straci znaczenie. I teraz spójrz na nasz świat. Świat, w którym poziom lęku rośnie z roku na rok.

W którym ludzie boją się wojen, kryzysów, chorób, przyszłości. jutra, w którym miliony osób noszą w sobie ciche przekonanie, że są nie do naprawienia, nie do pokochania, przegrane, w którym samotność stała się epidemią, a bezlitosność, dosłownie brak litości, walutą internetu, gdzie za jeden błąd człowieka rozszarpuje się publicznie i nie ma przedawnienia.

Powiedz sam, czy przesłanie o miłosierdziu spisane przez umierającą zakonnicę 90 lat temu nie brzmi dziś aktualniej niż kiedykolwiek wcześniej? Jan Paweł II mówił, że nic tak nie jest potrzebne człowiekowi jak miłosierdzie Boże i konsekwentnie powtarzał, że w miłosierdziu jest jedyna nadzieja dla świata.

Nie w technologii, nie w polityce, nie w gospodarce, w miłosierdziu. Bo wszystkie nasze kryzysy, jeśli spojrzeć na nie z bliska, są w gruncie rzeczy kryzysami braku miłosierdzia wobec innych, wobec siebie, wobec Boga. Faustyna przewidziała zresztą i to. zapisała słowa mówiące o tym, że ludzkość nie zazna spokoju, dopóki nie zwróci się z ufnością do miłosierdzia Bożego. Nie zazna spokoju.

Przeczytaj dowolny nagłówek z dzisiejszych wiadomości i zestaw go z tym zdaniem z lat 30. Szukamy spokoju w zabezpieczeniach, oszczędnościach, ubezpieczeniach, planach awaryjnych i wciąż go nie mamy, bo spokój nie jest produktem, który można kupić. Według dzienniczka spokój jest skutkiem ufności, a ufność jest decyzją.

Decyzją, którą można podjąć w każdej chwili, także teraz w trakcie słuchania tych słów. Trzy słowa: Jezu, ufam tobie. Faustyna powtarzała je w ciemnościach, w których nie czuła nic. Jeśli działały tam, zadziałają wszędzie. Jest w dzienniczku jeszcze jedna warstwa, o której muszę ci opowiedzieć, bo należy do najpiękniejszych stron, jakie kiedykolwiek zapisano po polsku, a znają zaskakująco mało osób.

Pod sam koniec zeszytów Faustyna zanotowała serię rozmów, które nazwała rozmowami miłosiernego Boga z duszami. Osobno z duszą grzeszną, osobno z duszą w rozpaczy, osobno z duszą cierpiącą, z duszą dążącą do doskonałości i z duszą doskonałą. To są zapisy dialogów, w których Bóg dosłownie przekonuje człowieka, żeby przestał przed nim uciekać.

W rozmowie z duszą grzeszną zapisane są słowa, żeby dusza nie lękała się swojego zbawcy i nie wymawiała się swoją nędzą, bo właśnie ta nędza jest tytułem do miłosierdzia. Padają tam zdania o tym, że wszystkie grzechy duszy są przepuszczone i pytanie, które rozbraja całkowicie. Dziecko, kto ci powiedział, że nie ma dla ciebie ratunku? A w rozmowie z duszą zrozpaczoną opisana jest scena, w której łaska idzie za człowiekiem do samego końca, do ostatniej sekundy.

I nawet gdy dusza na wszystkie zabiegi nieba odpowiada milczeniem i odwróceniem się, miłosierdzie próbuje dalej. Czytasz te strony i rozumiesz, że według Faustyny to nie człowiek szuka Boga i musi go ubłagać. Jest dokładnie odwrotnie. To Bóg stoi pod drzwiami człowieka i prosi o wpuszczenie. Cała reszta, obrazy, koronki, święta, godziny to tylko sposoby, w jakie to pukanie staje się słyszalne.

Trzeba też dopowiedzieć, co stało się z ludźmi i rzeczami z tej historii, bo losy każdej z nich są osobną opowieścią. Ksiądz Michał Sopoćko, ten trzeźwy profesor, który kiedyś wysłał Faustyny na badania psychiatryczne, oddał sprawie miłosierdzia resztę swojego życia. Faustyna zapisała zresztą o nim proroczo, że jest kapłanem według serca Bożego i że przez niego upodobało się Bogu ogłosić światu nabożeństwo do miłosierdzia.

Ale ostrzegła też, że będzie za to cierpiał. Cierpiał. W czasie wojny ukrywał się przed Gestapo. Po wojnie znosił lata podejrzeń i upokorzeń związanych z zakazem nabożeństwa i umarł w 1975 roku, trzy lata przed cofnięciem zakazu, nie doczekwszy oczyszczenia dzieła, któremu poświęcił wszystko. Historia bywa okrutnie cierpliwa.

W 2008 roku kościół ogłosił go błogosławionym. Spowiednik i penitentka, którzy kiedyś we dwoje dźwigali tajemnic, w którą nie wierzył nikt, dziś oboje są wyniesieni na ołtarze. Osobne, wręcz sensacyjne losy miał sam pierwszy obraz, ten wileński, malowany pod dyktando do Faustyny w pracowni Kazimirowskiego. Po wojnie Wilno znalazło się poza granicami Polski, w państwie, w którym religię zwalczano.

Obraz wędrował, był ukrywany, przechowywany w różnych kościołach. W pewnym okresie wisiał zapomniany, w innym był potajemnie wywieziony i przewożony, zwijany, przemalowywany i ratowany przez ludzi, którzy ryzykowali dla niego bardzo wiele. Przetrwał wszystko. Dziś wisi w Sanktuarium miłosierdzia Bożego w Wilnie, odnowiony i można stanąć przed tym samym płótnem, przed którym stawała Faustyna, sprawdzając, czy malarz dobrze oddał to, co widziała.

Pomyśl o drodze tego kawałka materiału. od pracowni przy wileńskiej uliczce przez wojnę, ukrycia i przemyt do miejsca, w którym ogląda go dziś cały świat. Nawet przedmioty w tej historii mają życiorysy jak spowieści, a samo nabożeństwo po wojnie jego wielkim motorem stali się polscy księża i emigranci, którzy rozwieźli je dosłownie wszędzie.

Za oceanem zajęli się nim Marianie, drukując obrazki i teksty w masowych nakładach. Dzienniczek zaczęto tłumaczyć na kolejne języki i dziś jest dostępny w kilkudziesięciu wersjach językowych, a jego łączne nakłady liczy się w milionach egzemplarzy. W Filipinach transmisje modlitwy o godzinie 15:00 stały się częścią codzienności milionów ludzi.

W wielu krajach Afryki i Azji obraz Jezusa miłosiernego wisi w kaplicach, do których nigdy nie dotarła żadna inna polska rzecz. Socjologowie religii mówią wprost, że kult Bożego Miłosierdzia jest jednym z najszybciej rozprzestrzeniających się nabożeństw w historii chrześcijaństwa. A wszystko to wyszło z zeszytów pisanych z błędami ortograficznymi przez kucharkę i furtiankę, której za życia nie słuchał prawie nikt.

Jeżeli istnieje na świecie historia, która lepiej pokazuje, że wielkość nie ma nic wspólnego z widocznością, to ja jej nie znam. I jeszcze jedno drobne, ale wymowne. Faustyna zapisała w dzienniczku również przepowiednie dotyczące spraw mniejszych, weryfikowalnych i one także się wypełniały. Zapowiedziała siostrom rzeczy, które potem nastąpiły.

Przewidziała okoliczności związane z własną śmiercią. mówiła o przyszłości swojego zgromadzenia i o powstaniu dzieła, które będzie głosić miłosierdzie na długo, zanim cokolwiek się z tym działo. Siostry, które za jej życia pukały się w czoło, po latach składały zeznania w procesie beatyfikacyjnym i przyznawały jedna po drugiej.

Mówiła nam o tym, a myśmy nie wierzyły. To jest zresztą stały motyw tej opowieści, jakby jej ukryty rytm. Nikt nie wierzy. Czas mija, wszystko się spełnia. Ten rytm powtórzył się już tyle razy, że gdy czytamy dziś w jej zeszytach zdania, które jeszcze się nie wypełniły, te o znaku krzyża na niebie i o dniu sprawiedliwości poprzedzonym czasem miłosierdzia, wypada zadać sobie proste pytanie.

Na jakiej podstawie mielibyśmy zakładać, że akurat te się nie spełnią? Zanim zakończymy, chcę jeszcze na chwilę wrócić do tego wątku, który obiecałem rozwinąć, do jej ostatniej prostej. Bo w tych końcowych miesiącach jest scena, którą siostry zapamiętały na całe życie, a która pokazuje, czym naprawdę była ta kobieta. Gdy leżała już złożona chorobą, wyniszczona do granic, jedna z sióstr zapytała ją, czy bardzo cierpi.

Faustyna odpowiedziała spokojnie, że cierpi dużo, ale że wszystko ofiarowuje za grzeszników. i dodała, że gdyby miała do wyboru wszystkie rozkosze świata albo jeden dzień takiego cierpienia ofiarowanego za duszę, wybrałaby cierpienie. Można tego nie rozumieć. Można się przy tym zdaniu zatrzymać z niedowierzaniem, ale nie można zaprzeczyć, że człowiek, który tak mówi w obliczu realnej, mierzonej gorączką i wagą ciała agonii, wie coś, czego my nie wiemy.

Widzi wartość, której my nie widzimy. Faustyna po prostu do końca żyła tak, jakby tamten świat był bardziej realny niż ten. I kto wie, może właśnie to jest definicja świętości. żyć tak, jakby się już widziało. W ostatnich dniach niemal nie mówiła, modliła się. Siostra, która przy niej czuwała, wspominała, że Faustyna prosiła już tylko o jedno, żeby się za nią modlić i żeby nie płakać, bo idzie tam, gdzie jest jej miejsce.

Obiecała siostrom, że gdy stanie przed Bogiem, nie zapomni o nikim. I z tą obietnicą wieczorem 5 października przeszła na drugą stronę tych drzwi, o których pisała przez całe życie. Przez drzwi miłosierdzia, w które wpatrywała się od dziecka, które malowała cudzą ręką na płótnie, które otwierała innym przy furcie, przy łóżkach konających i na kartach zeszytów.

weszła w nie jako pierwsza z nas wszystkich, którym o nich opowiedziała. I to jest właściwie koniec jej historii, a zarazem początek naszej. Bo zauważ, że cała ta opowieść ma dziwną konstrukcję. Zaczęła się od umierającej zakonnicy, o której nikt nie wiedział, a kończy się na tobie, który o niej wiesz.

Wiadomość została doręczona. Listonosżka wykonała zadanie. 600 stron zapisanych nocami w celach i izolatkach przepłynęło przez zakazy wojny i dziesięciolecia po to, żeby w końcu dotrzeć również tutaj do twoich uszu w tym właśnie momencie twojego życia. Możesz uznać, że to przypadek, ale możesz też zadać sobie pytanie, które ciśnie się samo.

Dlaczego słyszysz o tym właśnie teraz? W dzienniczku jest zdanie, które pasuje tu jak klucz do zamka. Faustyna zapisała, że nim przyjdzie dzień sprawiedliwości, dany jest ludziom znak na niebie i czas miłosierdzia na ziemi. I że kto nie chce skorzystać z tego czasu, sam sobie wybiera to, co przyjdzie potem. Czas miłosierdzia to nie jest epoka w podręczniku historii.

To jest dzisiejszy dzień. Twój dzisiejszy dzień. Nie wiem kim jesteś słuchając tej opowieści. Może jesteś człowiekiem głębokiej wiary i ta historia tylko dołożyła drewna do ognia, który już w tobie płonie. Może jesteś kimś, kto od Boga odszedł lata temu w gniewie, w zawodzie, albo po prostu w codziennym zabieganiu.

I coś cię tu dziś przyprowadziło. Sam nie wiesz co. A może jesteś tym, do kogo ta wiadomość była adresowana w pierwszej kolejności? kimś, kto nosi w sobie rzeczy, o których nikomu nie powiedział i jest pewien, że po tym wszystkim nie ma już po co wracać. Jeśli tak, to posłuchaj jeszcze raz tego jednego zdania z zeszytów Faustyny, bo ono zostało zapisane dla ciebie.

Choćby dusza była jak trup rozkładający się i choćby po ludzku już nie było wskrzeszenia, u Boga jest inaczej. Nie ma takiej historii życia, która by ten zapis unieważniała. Nie ma takiego dna, pod którym nie byłoby tych ramion. Faustyna prosiła, żeby ufać. Tylko tyle i aż tyle. Więc na koniec zamiast pożegnania zróbmy to, co ona robiła każdego dnia o godzinie 15:00.

Zatrzymajmy się na chwilę. Gdziekolwiek jesteś, cokolwiek dziś dźwigasz, pozwól sobie na jedną minutę ciszy i jedną krótką modlitwę. Święta Faustyno, sekretarko Bożego Miłosierdzia, ty, która widziałaś więcej niż my i cierpiałaś więcej niż my, a mimo to do końca powtarzałaś słowa ufności, naucz nas ufać wtedy, gdy nic nie czujemy.

Wstawiaj się za nami u miłosiernego Boga. Przedstaw mu tych, którzy dziś tracą nadzieję, tych, którzy umierają w tej godzinie, tych, którzy nie potrafią sobie przebaczyć i tych, którzy nie wierzą, że można im przebaczyć. Wyproś nam serca miłosierne, oczy, które widzą cudzą biedę, słowa, które podnoszą i ręce, które nie umieją się zamknąć.

A gdy przyjdzie nasza własna godzina, ta jedna najważniejsza, bądź przy nas i przypomnij nam trzy słowa, których nauczyłaś świat. Jezu, ufam tobie. Amen. Niech ta historia zostanie z tobą dłużej niż do końca tego nagrania. A jeśli dziś o godzinie 15:00 gdziekolwiek będziesz przypomnisz sobie na jedną sekundę o dwóch promieniach z krakowskiego obrazu, to znaczy, że opowieść o siostrze z Głogowca spełniła swoje zadanie, bo dokładnie o to prosiła, żeby nikt, kto o tym usłyszał, nie odszedł taki sam, jaki przyszedł.

 

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

Recommended for You

View Archive arrow_forward