“W ŚRODKU JESTEM SMUTNYM FACETEM”: Od Hamleta i „Alternatyw 4” po tajską samotność: prawdziwe oblicze Jerzego Kryszaka.
Jest 30 kwietnia 1983 roku, Warszawa, ulica Stefana Jaracza, Teatr Ateneum. Za kulisami, w gęstym półmroku korytarza, stoi trzydziestotrzyletni mężczyzna w ascetycznym, czarnym stroju. Jego włosy lśnią od potu, a klatka piersiowa unosi się w miarowym, choć nerwowym oddechu. Za kilka sekund przekroczy linię wyznaczoną przez reflektory, by wypowiedzieć najbardziej obciążone tradycją zdanie w historii światowego teatru. Kiedy wychodzi na scenę, na widowni dzieje się coś, co świadkowie tamtego wieczoru będą wspominać z dreszczem emocji przez kolejne cztery dekady. Zgromadzona publiczność dosłownie przestaje oddychać. Nie ma szelestu programów teatralnych, nie ma kaszlu ani skrzypienia foteli. Zostaje wyłącznie hipnotyczna, porażająca cisza. Aktor trzyma wielusetosobową salę w garści, nie podnosząc nawet głosu, kreując postać duńskiego księcia z bolesną, rozedrganą bezwzględnością.
Dziś tę samą twarz, ten charakterystyczny profil, ten grymas i fryzurę nie do pomylenia z żadną inną zna w Polsce każdy. Miliony ludzi rozpoznają go w ułamku sekundy, ale niemal nikt nie łączy go z tamtą warszawską sceną, z szekspirowskim dramatem ani z przenikliwą ciszą. Dla masowego odbiorcy Jerzy Kryszak jest człowiekiem od śmiechu — niestrudzonym komentatorem politycznych absurdów, mistrzem parodii, kpiarzem z estrady, który przez pół wieku bawił całe pokolenia. Jednak sam o sobie wypowiedział kiedyś słowa pozbawione jakiejkolwiek puenty czy kabaretowego dystansu: „W środku jestem smutnym facetem”. To zdanie nie było pozą. Stanowi ono klucz do zrozumienia jednej z najbardziej fascynujących, pękniętych i skrupulatnie strzeżonych biografii w polskiej kulturze powojennej.
Kalisz, bunt 1968 roku i teatr mierzony ryzykiem
Początek tej drogi wyznacza 24 kwietnia 1950 roku w Kaliszu — mieście nad Prosną, jednym z najstarszych w Polsce, które w powojennej rzeczywistości dźwigało pamięć ruin i ciasnotę robotniczych kamienic. W urzędowych ankietach Kryszak zamiast suchych faktów wolał podsumowywać swoje korzenie przewrotną frazą: „Kalisz. I w nim wszystkie pierwsze razy: pierwszy krok, pierwszy krzyk, pierwszy łyk, pierwszy kac, pierwsza miłość”. To nie był zwykły kalambur, lecz manifest człowieka, który na urzędowe schematy zawsze odpowiadał ucieczką w autoironię. O domu rodzinnym artysta przez pół wieku konsekwentnie milczał. Wiadomo jedynie, że ma brata i że w prowincjonalnym, gęstym mieście lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jedyną ucieczką od szarości podwórek była literatura oraz teatr.
Kalisz nie był jednak zwykłą prowincją. Tutejsza scena nosiła imię Wojciecha Bogusławskiego, a od 1961 roku odbywały się tam Kaliskie Spotkania Teatralne — unikalny festiwal sztuki aktorskiej, gdzie oceniano wyłącznie kunszt i rzemiosło wykonawcy, a nie reżyserię czy oprawę plastyczną. Dorastający chłopiec obserwował aktorstwo jako sztukę bezwzględnego ryzyka i pojedynczego starcia z żywym człowiekiem. Gdy w latach 1964–1968 uczył się w prestiżowym I Liceum Ogólnokształcącym im. Adama Asnyka, kraj wchodził w fazę politycznego wrzenia. Egzamin dojrzałości zdawał w cieniu Marca 1968 roku — w czasie brutalnych pacyfikacji studenckich protestów, zdejmowania spektakli z afiszy i cenzorskich nożyc. Osiemnastolatek wkraczał w dorosłość z pełną świadomością granic tego, co w socjalistycznym państwie wolno głośno wypowiedzieć. To właśnie z tamtej bezsilnej wściekłości, a nie z wrodzonej wesołości, narodził się późniejszy satyryk.
Pytanie Jerzego Golińskiego: „Po co wychodzisz na scenę?”
Krakowska Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych była tętniącym życiem tyglem intelektualnym. W piwnicach i kawiarniach Rynku Głównego toczyły się dyskusje o sztuce ostatecznej, w cieniu eksperymentów Tadeusza Kantora i inscenizacji Konrada Swinarskiego. W tym środowisku pojawił się człowiek, który wywarł na młodego aktora wpływ fundamentalny — reżyser i bezkompromisowy pedagog Jerzy Goliński. Był wykładowcą surowym, często brutalnym w swoich ocenach, lecz przenikliwym. Na pierwszym roku studiów zadał Kryszakowi pytanie, które miało powracać przez całe jego życie zawodowe niczym natrętne echo: „Po co wychodzisz na scenę?”.
Nie pytał o oddech, dykcję, impostację głosu czy ustawienie ciała. Pytał o rację bytu artysty w przestrzeni publicznej. W ówczesnej Polsce teatr traktowano jak świecką świątynię — miejsce, gdzie ze sceny przemycało się prawdy zakazane przez cenzurę w prasie i telewizji. Aktor wchodził przed widza z misją, z kagańcem idei, w konkretnej, nierzadko politycznej sprawie. Gdy Kryszak ukończył studia w 1974 roku, Goliński natychmiast wystawił mu rachunek za to pytanie. Zaangażował go do Teatru im. Juliusza Słowackiego i powierzył dwudziestoczteroletniemu debiutantowi rolę króla w „Metafizyce dwugłowego cielęcia” Witkacego. Przez kolejne dziewiętnaście lat Jerzy Kryszak był wyłącznie aktorem dramatycznym, mierzącym się z najtrudniejszą klasyką literatury. Nie było w tym ani grama kabaretu czy telewizyjnego żartu.
Szybko upomniało się o niego kino moralnego niepokoju. Debiutował w 1976 roku w dramacie wojennym „Ocalić miasto” Jana Łomnickiego oraz w polsko-norweskiej „Dagny” Hakona Sandøya. Prawdziwym przełomem stał się jednak rok 1977 i rola Ryśka Przybylskiego w „Wodzireju” Feliksa Falka. Film obnażał mechanizmy bezwzględnego awansu społecznego w PRL-u, zorganizowanego na fundamencie serwilizmu, uległości i pustosłowia. Kryszak zagrał tam postać funkcjonującą w cieniu bezdusznej machiny konformizmu. Zaledwie rok później Agnieszka Holland obsadziła go w głośnych „Aktorach prowincjonalnych”. Film zdobył prestiżową nagrodę FIPRESCI na festiwalu w Cannes, a kreacja zgorzkniałego, cynicznego aktora stała się dla Kryszaka artystycznym zwierciadłem.
Złoty wiek w Ateneum i dramat ukryty w klatce „Alternatyw 4”
Sukces w Cannes otworzył mu drzwi do artystycznego Olimpu. W 1978 roku Kryszak przeniósł się do Warszawy, zasilając zespół Teatru Ateneum kierowanego przez Janusza Warmińskiego. Była to wówczas prawdopodobnie najsilniejsza scena w kraju. Dwudziestoośmiolatek z Kalisza dzielił garderobę i scenę z legendami: Aleksandrą Śląską, Romanem Wilhelmim, Krystyną Jandą, Andrzejem Sewerynem, Marianem Kociniakiem i Henrykiem Machalicą. W ciągu zaledwie kilku sezonów zagrał tam role, które normalnie budują całe życie artysty — od krwawego rewolucjonisty Robespierre’a po tytułowego Hamleta.

Równolegle do eksplozji zawodowej w życiu prywatnym aktora rozgrywał się cichy, dojmujący dramat. Jeszcze w czasach studenckich w Krakowie poślubił koleżankę z roku, utalentowaną aktorkę Annę Chitro. Początkowa wspólnota pasji i marzeń zaczęła jednak pękać pod naporem nierównowagi sukcesu. Podczas gdy kariera Jerzego rozwijała się błyskawicznie, jego żona w środowisku zaczynała funkcjonować jako „pani Kryszakowa”. Anna Chitro po latach otwarcie przyznała, jak toksyczne i upokarzające było dla niej nieustanne trwanie w cieniu męża. Najbardziej gorzkim paradoksem ich relacji okazał się plan kultowego serialu Stanisława Barei „Alternatywy 4”, kręconego w 1983 roku w ponurych realiach stanu wojennego.
Bareja powierzył im role małżeństwa — neurotycznego lekarza Zdzisława Kołka i jego energicznej małżonki. Na ekranie stworzyli duet pełen komizmu, którego perypetie bawiły miliony widzów. Rzeczywistość była jednak zupełnie inna. Z przyczyn politycznych serial powędrował na półkę na trzy długie lata. Gdy wreszcie w 1986 roku trafił na antenę Telewizji Polskiej, a cała ulica śmiała się z małżeńskich sprzeczek państwa Kołków, ich prawdziwe małżeństwo było już formalnie martwe. Rozstali się na długo przed telewizyjną premierą. Publiczność oglądała fikcyjne szczęście pary, która w realnym życiu podpisała już akt rozwodowy. Ten motyw — maska wesołości skrywająca prywatną klęskę — stał się nieodłącznym elementem losu artysty.
Hamlet, drugi rozwód i zderzenie z wolnością w 1989 roku
Premiera „Hamleta” w reżyserii Janusza Warmińskiego w kwietniu 1983 roku była szczytem możliwości dramatycznych Kryszaka. Grając u boku Aleksandry Śląskiej i Henryka Machalicy, stworzył postać człowieka skrajnie rozedrganego, młodzieńczo zbuntowanego przeciwko zakłamaniu świata. Za tę kreację oraz liczne role w Teatrze Telewizji otrzymał w 1984 roku prestiżową nagrodę państwową. W tym samym zespole Ateneum narodziło się jego drugie małżeństwo z młodą aktorką Tatianą Kołodziejską, z którą w 1985 roku powitał na świecie syna Pawła. Lecz i ten związek nie przetrwał próby czasu, kończąc się kolejnym rozstaniem. W wieku trzydziestu kilku lat Kryszak miał za sobą dwa rozwody, koronę szekspirowskiego księcia, uwielbienie widzów za rolę lekarza z Ursynowa i dziesiątki ról filmowych — w tym w „Dolinie Issy” Tadeusza Konwickiego, serialu „Popielec”, „Tulipanie” czy „Kanclerzu”.
Wszystko załamało się w 1989 roku wraz z upadkiem komunizmu. Odzyskanie wolności, likwidacja cenzury i narodziny wolnego rynku wywołały u Kryszaka niespodziewany kryzys tożsamości artystycznej. Aktor, którego cała etyka zawodowa opierała się na koncepcji walki i niesienia kagańca prawdy, nagle stracił przeciwnika. Z brutalną szczerością przyznał po latach, że teatr przestał walczyć, a on sam po prostu nie miał już po co wychodzić na scenę. Skoro wszystko można było powiedzieć wprost, klasyczny teatr wydał mu się pozbawiony dawnego napięcia.
Dodatkowo odezwał się jego specyficzny układ nerwowy. Kryszak otwarcie wyznawał, że nienawidzi powtórzeń: „Jestem aktorem jednego dubla, a wszelkie powtarzanie mnie nudzi. Dlatego teatr też mnie uwierał. Wolę natychmiastowość: reakcja, słowo, mam, nie mam i idę do domu”. Opuścił Teatr Ateneum w 1993 roku, zamieniając nobliwą scenę na estradę kabaretową. Dla wielu kolegów ze środowiska było to niezrozumiałą degradacją talentu. Dla niego była to jedyna droga do zachowania autentyczności.
„Polskie zoo”, estradowy żywioł i odnaleziona miłość
W 1991 roku zadebiutował program „Polskie zoo” Marcina Wolskiego i Jerzego Kryszaka. W realiach raczkującej demokracji politycy zamienieni w zwierzęce kukiełki stali się narodowym fenomenem. Kryszak genialnie parodiował czołowe postacie sceny publicznej, tworząc niedościgniony wzorzec głosu Lecha Wałęsy. Kolejne lata przyniosły triumfy: statuetki Wiktora, programy telewizyjne, noce kabaretowe w Opolu i Sopocie oraz formaty typu stand-up, takie jak „Na stojaka” w HBO. Na scenie estradowej ujawnił się jego unikalny dar błyskawicznej improwizacji. Marcin Daniec określił go zwięźle: „Jest zdolny bezczelnie”. Zamiast recytować wyuczone skecze, Kryszak reagował na pojedynczy szmer na sali, tworząc monologi na żywo. Jego znakami rozpoznawczymi stały się elegancka marynarka, białe chodaki i niesforne, długie włosy, o których żartował, że są jego „czułkami wyczuwającymi nastroje widowni”.
W tym samym 1991 roku w Operze Leśnej w Sopocie podczas finału Miss Polonia doszło do spotkania, które scementowało jego życie osobiste. Za kulisami podeszła do niego jedna z uczestniczek konkursu, mówiąc bezpretensjonalnie: „Nazywam się tak samo jak pan”. Agnieszka Kryszak została nie tylko jego trzecią żoną, ale również menedżerką czuwającą nad trasami i kontraktami. To przy niej skrajnie zamknięty aktor odnalazł spokój, wyznając po latach, że dopiero po czterdziestce nauczył się czerpać prawdziwą radość z życia. Wspólnie wychowali synów: Kamila, Jakuba oraz syna Agnieszki z poprzedniego związku, obok najstarszego Pawła. Żaden z potomków nie poszedł w ślady ojca, wybierając muzykę, informatykę czy efekty specjalne, a artysta rygorystycznie chronił prywatność rodziny przed tabloidami.
Tajlandzki azyl, makrofotografia i ostateczny powrót do ciszy
Po 2015 roku obecność Jerzego Kryszaka w mediach publicznych zaczęła gwałtownie topnieć. Jak sam wspominał, po raz pierwszy w wolnej Polsce zaczęto go pytać przed występami, czy nie mógłby złagodzić żartów i zrezygnować z tematów politycznych. Dla człowieka ukształtowanego przez Marzec 1968 roku i teatr stanu wojennego taka propozycja była nie do przyjęcia. Rozgoryczony postępującą agresją w debacie publicznej i prymitywizmem sporów partyjnych, stworzył dla siebie alternatywny świat z dala od kamer.
Kupił niewielki dom w Tajlandii, gdzie spędza z żoną znaczną część roku. Na drugim końcu globu nie ma tłumów, reflektorów ani oklasków. Zamiast tego siedemdziesięcioletni satyryk leży godzinami plackiem na wilgotnym mchu z aparatem fotograficznym w dłoni, polując na ujęcia kropel rosy, skrzydeł owadów i ważek. Jego pasja do makrofotografii zaowocowała wystawami na festiwalach przyrodniczych, zorganizowanymi przy wsparciu wybitnego plakacisty Andrzeja Pągowskiego. Obcowanie z kruchym światem mikrokosmosu stało się dla niego ostatecznym lekarstwem na zgiełk ludzkiej głupoty.
Wracając do pytania zadanego na początku tej drogi: dlaczego człowiek, który przez pół wieku rozśmieszał całą Polskę, w środku pozostał smutny? Odpowiedź tkwi w naturze jego powołania. Jerzy Kryszak nigdy nie był jarmarcznym komikiem. Był i pozostał wybitnym aktorem dramatycznym, któremu historia kazała żyć w społeczeństwie potrafiącym przyjąć gorzką prawdę wyłącznie wtedy, gdy jest ona podana w formie żartu. Śmiech na jego występach nigdy nie był celem samym w sobie — był jedynie tarczą chroniącą przed rozpaczą. Cisza, która zapadła w Teatrze Ateneum w 1983 roku podczas monologu Hamleta, i cisza egzotycznego ogrodu, w którym artysta czeka na ruch skrzydeł ważki, to dokładnie to samo milczenie. To samotność człowieka, który pamięta czasy, gdy teatr był świątynią prawdy, i który zapłacił za wierność sobie utratą złudzeń o świecie.