Pijany rajd pod prąd w wigilijną noc niemal zniszczył karierę polityczną uwielbianego przez naród aktora, wywołując potężną burzę medialną w całym kraju. Skandale, tajemnice i dramatyczne zakręty losu towarzyszyły mu przez całe życie, od krakowskiego podwórka aż po ławy sejmowe. Mało kto wie, z jakimi problemami musiał mierzyć się człowiek, który dla miliony Polaków był absolutnym symbolem męskości i niezłomności. Poznaj całą prawdę o życiu bez maski, o której przez lata milczano. Kliknij link w komentarzu, aby przeczytać niezwykły artykuł i dowiedzieć się wszystkiego.
Wyobraźcie sobie scenę jak z filmu obyczajowego: Kraków, początek lat 90. XX wieku. U stóp majestatycznego Wawelu, w samym sercu historycznego miasta, stoi niewielki, blaszany kiosk. Za ladą krząta się mężczyzna w średnim wieku, sprzedając turystom colę, gumy do żucia oraz tanie zegarki. Nagle obok przechodzi szkolna wycieczka. Dzieciaki nagle zamierają w bezruchu, przecierając oczy ze zdumienia. Jeden z chłopców szarpie nauczycielkę za rękaw i cicho, z niedowierzaniem szepcze: „Proszę pani, przecież to sam porucznik Borewicz!”. Ten sam, który jeszcze do niedawna był najsłynniejszym, najbardziej podziwianym milicjantem w całej Polsce. Człowiek, dla którego miliony Polaków co tydzień karnie zasiadały przed telewizorami, kobiety masowo zasypywały listami miłosnymi, a mężczyźni bezskutecznie próbowali naśladować jego styl, sposób mówienia i niezachwianą pewność siebie.
Ten sam człowiek stoi teraz spokojnie za ladą zwykłego kiosku. Na pytanie osłupiałych dzieciaków, co tutaj właściwie robi, odpowiada z uśmiechem, bez cienia żalu czy goryczy w głosie, że po prostu sprzedaje gumę do żucia. Po chwili dodaje z tym swoim słynnym, ironicznym błyskiem w oku, że oprócz samego Wawelu jest teraz prawdopodobnie największą atrakcją turystyczną Krakowa. Jak to możliwe, że postać będąca absolutną ikoną całej epoki, człowiek-instytucja, wylądował w urzędzie pracy po zasiłek dla bezrobotnych? Jak idol milionów musiał chwytać się najprostszych zajęć, by przetrwać trudne transformacyjne lata, zanim los rzucił go w zupełnie inne, polityczne rejestry? I dlaczego w pewną mroźną wigilijną noc jego samochód wjechał pod prąd, wywołując lawinę skandali, która niemal zmiotła go z życia publicznego? To wszystko wydarzyło się naprawdę, a scenariusz napisało samo życie, przewyższając najbardziej śmiałe pomysły filmowych twórców.
Aby w pełni zrozumieć fenomen Bronisława Cieślaka, musimy cofnąć się w czasie do momentu, w którym wszystko się zaczęło. Przyszły odtwórca kultowej roli przyszedł na świat 8 października 1943 roku w Krakowie, w samym środku mrocznej wojennej zawieruchy. To miasto nie przypominało wówczas dzisiejszej turystycznej pocztówki pełnej barwnych kawiarnio-ogródków. Urodził się w czasach, gdy nikt nie odważył się planować przyszłości na dłużej niż kilka dni do przodu. Nikt nie przypuszczał, że mały chłopiec z prostej, kolejarskiej rodziny stanie się kiedyś jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów w historii polskiej kinematografii. Przewrotność losu bywa doprawdy niezwykła. Jego ojciec, również Bronisław, przez długie lata pracował na kolei. Kolejnictwo w tamtych realiach nie było zwykłą posadą – wymagało żelaznej dyscypliny, punktualności mierzonej co do sekundy oraz gigantycznej odpowiedzialności za bezpieczeństwo setek obcych ludzi. Pociągi musiały kursować bez względu na kaprysy pogody, zawirowania polityczne czy ludzkie nastroje. Matka, Maria, dbała o ciepło domowego ogniska, nadając rytm codziennemu życiu rodziny. Bronek dorastał w gronie dwóch braci – starszego oraz młodszego Witolda. Był to dom bezpieczny, pełen ciepła, ale naznaczony surowością powojennej biedy. Nie było tam miejsca na kaprysy czy zbędne fanaberie. Liczył się porządek, rzetelna praca i twarde zasady moralne. Ten kolejowy rodowód odcisnął niezatarte piętno na psychice przyszłego aktora. Dyscyplina, punktualność i etos uczciwie wykonanej pracy towarzyszyły mu na każdym kroku – od redakcyjnego biurka, przez intensywny plan filmowy, aż po sejmowe ławy. Nawet wtedy, gdy los rzucał nim po najgorszych życiowych zakrętach, jego wewnętrzny zegar działał bezbłędnie.

Szczególne miejsce w biografii Cieślaka zajmuje krakowski Kazimierz. Dzisiejszy Kazimierz, pełen modnych lokali, artystycznych galerii i zagranicznych turystów, nie ma absolutnie nic wspólnego z tym z lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Dawny Kazimierz był szorstki, gęsty od ciasnych podwórek, pełen ludzi o dramatycznych losach, naznaczonych świeżą traumą wojenną i wszechobecną nędzą. Była to przestrzeń bliższa surowej ludowej balladzie niż sielankowym obrazkom. W tym labiryncie starych, obdrapanych kamienic mały Bronek spędzał całe dnie, biegając z rówieśnikami i bawiąc się w policjantów oraz złodziei. Co ciekawe, dzieciaki nigdy nie bawiły się tam w wojnę. Jak wspominał po latach sam aktor, Kazimierz nosił zbyt świeże, bolesne i namacalne ślady prawdziwych tragedii, by można je było sprowadzić do poziomu niewinnej podwórkowej zabawy. Dawne dramaty unosiły się w powietrzu pod postacią cichych szeptów dorosłych, opuszczonych mieszkań po zamordowanych sąsiadach i wszechobecnego milczenia. Dzieci chłonęły tę atmosferę całą swoją wrażliwością, nawet jeśli nie potrafiły jeszcze nazwać tego słowami. Poranki w ciasnym, skromnym pokoju, życie wyznaczone przez godziny powrotów ojca z kolejowych zmian oraz szkoła, w której nauczyciele cudem przeżyli piekło wojny, a uczniowie pochodzili z doszczętnie poturbowanych rodzin – to wszystko kształtowało twardy charakter. Popołudnia na podwórku uczyły, że o pozycji decyduje odwaga i lojalność, a nie oceny w szkolnym dzienniku. Wieczory przynosiły rozmowy dorosłych o sprawach, o których dzieci teoretycznie nie powinny mieć pojęcia, choć i tak wiedziały absolutnie wszystko. W tym świecie nie było miejsca na naiwność. Bronek uczył się, jak wyczuć, komu można zaufać, jak nie dać się zepchnąć na margines i jak zachować twarz oraz godność, gdy jest się słabszym. Te lekcje okazały się trwalsze niż jakakolwiek wiedza podręcznikowa. Koledzy z podwórka, jak sam ich nazywał, byli prawdziwymi twardymi zakapiorami. Przy nich nie dało się grać kogoś innego – trzeba było być autentycznym, czujnym i samodzielnym. To właśnie tam, w cieniu krakowskich kamienic, hartowała się psychika przyszłego porucznika Borewicza.
Wspominając tamte lata, Cieślak podkreślał w wywiadach: „Pochodzę z dzielnicy dzisiaj modnej, a przed laty szemranej. Chodziłem do podstawówki z prawdziwymi zakapiorami. Dzięki nim szybko dojrzałem. Mając 13-14 lat, zrozumiałem, że każdy ma tylko jedno życie, które wcale nie musi trwać wiecznie. Starałem się więc być aktywny, ciągle w ruchu, bo w młodości szkoda mi było każdej godziny na sen”. Ta wczesna świadomość kruchości ludzkiego losu stała się jego wewnętrznym paliwem. Cieślak mieszkał zresztą niemal w każdym zakątku Krakowa. Od ulicy św. Gertrudy, przez Bronowicką, Opolską, Starowiślną, Lubicz, osiedle Podwawelskie, aż po ulicę Gramatyki. Znał to miasto dosłownie od podszewki – jego zaułki, zapach porannych targowisk i metaliczny zgrzyt nocnych tramwajów.
Nim jednak trafił przed kamery, jego ścieżka zawodowa była niezwykle kręta. Zanim stał się twarzą polskiej telewizji, pracował m.in. jako robotnik, marynarz, a także dziennikarz radiowy i telewizyjny. Praca w Ośrodku Telewizyjnym w Krakowie dała mu przepustkę do świata mediów, choć sam uważał się za dziennikarza z przypadku, a nie wykalkulowanego karierowicza. Jego naturalna charyzma, swoboda przed kamerą i cięty, inteligentny dowcip szybko przyciągnęły uwagę reżyserów. Gdy Krzysztof Szmagier poszukiwał odtwórcy głównej roli w serialu „07 zgłoś się”, postawił na niepokornego dziennikarza z Krakowa, który nie miał klasycznego wykształcenia aktorskiego. To ryzyko opłaciło się w stu procentach. Sławomir Borewicz – inteligentny, cyniczny wobec przestępców, elegancki, palący zagraniczne papierosy i jeżdżący polonezem oficer milicji – stał się instant legendą. Polacy pokochali go za autentyczność. W tamtych siermiężnych czasach PRL-u Borewicz był ucieleśnieniem zachodniego stylu, wolności i skuteczności, choć działał w realiach PRL-owskich służb. Dla samych twórców serialu praca z Cieślakiem nie zawsze była jednak łatwa. Aktor miał własne zdanie na temat scenariusza, często korygował kwestie dialogowe, nadając swojemu bohaterowi niepowtarzalny rys cynicznego ironisty, który doskonale rozumie absurd otaczającej go rzeczywistości.
Sukces serialu przyniósł mu gigantyczną popularność, ale także ciężar, z którym trudno było żyć na co dzień. Był rozpoznawalny wszędzie, a fani utożsamiali go z odgrywaną postacią, zapominając, że prywatnie Bronisław Cieślak to zupełnie inny człowiek. Gdy transformacja ustrojowa w 1989 roku zmiotła dotychczasowy porządek medialny, skończyły się stałe etaty w telewizji, a produkcja filmowa zamarła. Wtedy właśnie doszło do wspomnianego epizodu z kioskiem pod Wawelem. Dla wielu było to szokujące upokorzenie, dla niego samego – kolejny życiowy zakręt, który trzeba było pokonać z podniesioną głową. Nie wstydził się uczciwej pracy. Sprzedawanie gumy do żucia czy zegarków było dla niego dowodem na to, że potrafi odnaleźć się w każdych warunkach, bez względu na to, jak nisko rzuci go los. Później przyszły kolejne wyzwania – praca w rozgłośniach, felietony, a w końcu wejście do świata wielkiej polityki. Cieślak zaangażował się w działalność publiczną, stając się posłem na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej z ramienia Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Wydawało się, że odnalazł nową, stabilną przestrzeń do działania.
Polityczna kariera przyniosła jednak nie tylko sukcesy, ale i bolesne kryzysy. Najgłośniejszym z nich okazał się incydent z wigilijnej nocy, kiedy to jego samochód wjechał pod prąd na jednej z ruchliwych dróg. Sprawa natychmiast trafiła na czołówki gazet, wywołując medialną burzę i lawinę krytyki. Przeciwnicy polityczni nie zostawili na nim suchej nitki, a dawny blask idola narodu został wystawiony na ciężką próbę. Cieślak musiał zmierzyć się z falą hejtu, publicznym osądem i własnymi słabościami. Choć sytuacja była niezwykle trudna, aktor nigdy nie chował głowy w piasek. Potrafił spojrzeć w oczy krytykom i przyznać się do błędu, zachowując rzadko spotykaną w świecie polityki samokrytykę i dystans do samego siebie.
W tle zawodowych zawirowań toczyło się jego życie prywatne, które zawsze starannie chronił przed wścibskimi obiektywami paparazzich. O jego relacjach rodzinnych, małżeństwach i codziennych troskach wiedzieli tylko najbliżsi. Prawdziwym, ostatecznym sprawdziskiem okazała się jednak choroba. Kiedy w 2021 roku nowotwór uderzył z pełną siłą, wyniszczony wcześniejszymi problemami zdrowotnymi organizm nie miał już dawnych rezerw. Bronisław Cieślak zmarł 2 maja 2021 roku w wieku 77 lat. Informację o jego odejściu przekazała pogrążona w żałobie żona. Odszedł po cichu, bez medialnego szumu, patosu i celebrowania własnego cierpienia. Spoczął w rodzinnym grobowcu na krakowskim cmentarzu Podgórskim – w mieście, które go ukształtowało, z którym był związany każdą komórką ciała i do którego powrócił na wieczny spoczynek.
Reakcja Polski na wieść o jego śmierci była niezwykle poruszająca. W mediach społecznościowych, na ulicach i w prywatnych rozmowach nikt nie pamiętał już o politycznych sporach, dawnych barwach partyjnych czy nieszczęsnym wigilijnym incydencie drogowym. Ludzie wspominali go z ciepłym uśmiechem, przywołując legendarnego porucznika Borewicza, wspólne wieczory przed telewizorami sprzed dekad oraz człowieka, który potrafił zadrwić z własnych potknięć. Czas przesiał jego skomplikowaną biografię, pozostawiając w pamięci narodu to, co najszczersze i najcenniejsze. Na pogrzebie tłumnie stawili się nie tylko prominenci, ale przede wszystkim zwykli Polacy, którzy czuli, że żegnają nie tylko wybitnego aktora, ale cząstkę własnej młodości i bezpowrotnie minionej epoki.
Co tak naprawdę zostaje po człowieku tak barwnym i złożonym? Oczywiście kultowe odcinki serialu, które wciąż przyciągają przed ekrany kolejne pokolenia widzów. Ale zostaje też coś znacznie trwalszego – unikalny zapis życia, które było wszystkim, tylko nie prostą, wydeptaną ścieżką. Chłopak z szemranego krakowskiego Kazimierza, który uciekł z domu ku pasji, dziennikarz z przypadku przemieniony w megagwiazdę, idol milionów stojący w kolejce po zasiłek, kioskarz spod Wawelu, poseł, który pomylił pasy ruchu, oraz wreszcie pacjent, który o zbliżającym się końcu mówił z niesamowitym spokojem. W każdej z tych ról – zarówno tych odgrywanych przed kamerą, jak i tych narzuconych przez kapryśny los – Bronisław Cieślak pozostał sobą. Autentyczny, niezłomny, potrafiący śmiać się z własnych upadków i żyć na własnych warunkach aż do samego końca. I właśnie dlatego jego historia fascynuje i porusza nas do dziś, udowadniając, że największą wartością człowieka jest umiejętność zachowania godności bez względu na to, jak trudne karty rozdaje akurat los.