BESTIA z Auschwitz uważała się za ofiarę. Zgotował więźniom PIEKŁO, a przed sądem bezczelnie zaprzeczał swoim zbrodniom
Historia pamięta wielu zbrodniarzy, ale nieliczni potrafili z tak lodowatym spokojem patrzeć w oczy sędziom i zaprzeczać faktom, które na zawsze naznaczyły krwią ziemię oświęcimską. Ludwig Plagge, człowiek nazywany przez ocalałych największym sadystą obozu koncentracyjnego, do samego końca wierzył we własną niewinność. Jego biografia to przerażające studium upadku człowieczeństwa, w którym ślepe oddanie ideologii przeplata się z niewyobrażalnym, prymitywnym okrucieństwem. Ten urodzony w Dolnej Saksonii rolnik, który w wieku dwudziestu jeden lat zachłysnął się nazizmem, z czasem przeobraził się w bezlitosną maszynę do zadawania bólu. To on odpowiadał za łamanie ludzkich charakterów w tak zwanej obozowej kwarantannie, gdzie nowo przybyli więźniowie przechodzili brutalny chrzest bojowy.
Zamiast izolować chorych, Plagge zamienił kwarantannę w poligon tortur. Nowi więźniowie, oszołomieni i przerażeni, byli zmuszani do morderczych ćwiczeń fizycznych, które strażnicy eufemistycznie nazywali sportem. Wyczerpujące przysiady, czołganie się w błocie i żabie skoki trwały godzinami, doprowadzając ofiary do skrajnego wyczerpania. Kto upadał z braku sił, ryzykował życie. Plagge potrafił strzelać nad głowami leżących, a z sadystyczną satysfakcją kopał ziemię tak, by piasek sypał się prosto w oczy konających z wysiłku ludzi. Szczególną nienawiścią darzył polską inteligencję, duchownych oraz sędziów, którym nie dawał najmniejszych szans na przetrwanie. Uzupełnieniem tych tortur były lekcje śpiewu, podczas których wymuszano na więźniach perfekcyjne wykonywanie niemieckich pieśni, co samo w sobie było formą wyrafinowanego, psychicznego znęcania się.
Kariera obozowego oprawcy nabrała zatrważającego tempa po pierwszej w historii ucieczce z Auschwitz, której dokonał Tadeusz Wiejowski. Choć uciekinier w przebraniu opuścił teren, pozostali na miejscu więźniowie zapłacili za ten akt buntu straszliwą cenę. Mściwy apel karny trwał dwadzieścia godzin. Plagge z niezwykłą brutalnością pilnował, by wycieńczeni ludzie trzymali ręce z tyłu głowy, zakazując im nawet opuszczania szeregu w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych. To właśnie wtedy, pośród upadających z wycieńczenia ludzi, zginął Dawid Wongczewski, pierwsza imiennie znana ofiara obozu. Niestety, to był zaledwie początek. Jesienią tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego roku sadysta brał czynny udział w pierwszych masowych gazowaniach w podziemiach Bloku Jedenastego. Wielokrotnie widziano go tam z karabinkiem, gdy osobiście wykonywał egzekucje na bezbronnych ofiarach. Rozkoszował się również wymierzaniem kar chłosty na specjalnym koźle, zmuszając bitego do głośnego liczenia uderzeń pod groźbą rozpoczęcia tortury od nowa.
Machina śmierci potrzebowała jednak coraz sprawniejszych wykonawców. Przeniesienie do Birkenau otworzyło przed zbrodniarzem nowe możliwości siania terroru. To tam, w zaadaptowanych wiejskich chałupach, tak zwanym czerwonym i białym domku, Plagge nadzorował wpędzanie przerażonych ludzi do prowizorycznych komór gazowych. Bijąc i zmuszając do rozbierania się, bezlitośnie posyłał na śmierć tysiące niewinnych, a następnie z zimną krwią nadzorował kopanie dołów na ich ciała. Równie mroczną kartą jego działalności było zarządzanie obozem cygańskim. Mimo początkowych, iluzorycznych pozorów normalności, miejsce to stało się areną przerażających chorób, głodu i bestialskich eksperymentów. Plagge wykorzystywał tam swoją nieograniczoną władzę, katując Romów za najdrobniejsze uchybienia. Relacje ocalałych sugerują nawet, że nadużywał swojej pozycji, by dopuszczać się przemocy na tle seksualnym wobec romskich więźniarek, wracając do swoich kwater w stanie upojenia alkoholowego.
Wraz ze zbliżającym się frontem i postępującym upadkiem Trzeciej Rzeszy, droga zbrodniarza wiodła przez kolejne obozy, w tym Majdanek oraz Flossenbürg. W tym ostatnim miejscu, ze względu na swoje ponure oświęcimskie doświadczenie, został skierowany do palenia zwłok na otwartych stosach, gdyż krematoria nie nadążały z kremacją ciał. Chaos ostatnich tygodni wojny i przenoszenie z podobozu do podobozu nie ocaliły go jednak przed sprawiedliwością. Złapany przez amerykańskie wojska, po niemal dwóch latach spędzonych w niewoli, trafił do Polski, by ostatecznie stanąć przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Krakowie. Proces oświęcimskiej załogi miał być sprawiedliwym rozliczeniem z niewyobrażalnym złem.
To właśnie podczas przesłuchań i na samej sali rozpraw ujawniła się najbardziej szokująca twarz Ludwiga Plaggego. W obliczu setek zeznań, miażdżących dowodów i wstrząsających wspomnień ocalałych więźniów, którzy na własnej skórze doświadczyli jego sadyzmu, oskarżony zachowywał bezczelny i lodowaty spokój. Z niesłychanym cynizmem marginalizował swoją rolę, przyznając jedynie, że obóz służył do masowej eksterminacji, ale wypierając się własnego udziału. Twierdził, że warunki pracy w Auschwitz były zadowalające, a on sam nigdy nie skrzywdził, a tym bardziej nie zabił żadnego człowieka. Odmawiał wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny, nie wykazując najmniejszej skruchy. Jego słowa o całkowitej niewinności brzmiały jak ostateczny cios wymierzony w twarze tysięcy ofiar.
Sędziowie krakowskiego trybunału nie mieli jednak żadnych złudzeń. Niezaprzeczalne dowody potwierdziły, że mieli do czynienia z jednym z najokrutniejszych strażników nazistowskiej machiny śmierci. Wyrok mógł być tylko jeden. W styczniu tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego roku Ludwig Plagge zawisł na szubienicy w krakowskim więzieniu przy ulicy Montelupich. Historia tego z pozoru zwykłego człowieka to potężne i bolesne memento. Przypomina o tym, że najstraszliwsze systemy totalitarne opierają się na gorliwości, sumienności i ślepym zaangażowaniu jednostek, które w imię chorej ideologii potrafią wyzbyć się absolutnie wszystkich resztek sumienia. Bez takich gorliwych wykonawców zła, obozy zagłady nigdy nie mogłyby funkcjonować.