Mroczne sekrety pierwszych dam PRL. UDAWAŁY BIEDĘ, a za publiczne miliony STWORZYŁY PIEKŁO na ziemi!
Grudzień. Przejmujący wiatr rzuca lodowatym śniegiem w twarze setek zmarzniętych obywateli, którzy od wielu godzin tłoczą się pod ścianą państwowego sklepu. Kiedy tłum przestępuje z nogi na nogę w nadziei na rzucenie zimowych butów, obok bezszelestnie przemyka czarna, lśniąca limuzyna. Przez ułamek sekundy w świetle latarni widać wnętrze pachnące zachodnimi perfumami i kobietę w drogim futrze, trzymającą w dłoni kieliszek. Ten krótki moment demaskuje największe kłamstwo Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Opowieści o wielkiej równości społecznej i sprawiedliwym państwie robotników były jedynie zasłoną dymną, za którą żony najwyższych partyjnych dygnitarzy budowały swoje prywatne, niewyobrażalnie luksusowe imperia. Podczas gdy naród tracił zdrowie w niekończących się kolejkach, czerwona arystokracja bawiła się w najlepsze, korzystając z tajnego systemu dystrybucji, specjalnych przepustek i dyplomatycznego szmuglu.
W mrocznych korytarzach władzy lat sześćdziesiątych terror wcale nie miał twarzy oprawców z bezpieki, lecz nosił zacerowany sweter. Zofia Gomułkowa, żona pierwszego sekretarza, nienawidziła luksusu z religijnym wręcz fanatyzmem. Jej szare, pogniecione spódnice i znoszone buty budziły w dygnitarzach większy strach niż groźba utraty stanowiska. Pojawiała się znienacka w rządowych stołówkach, bezlitośnie zaglądając do talerzy urzędników. Zamówienie podwójnej porcji mięsa czy założenie zachodniego krawata oznaczało natychmiastowy koniec kariery. Jednak ta legendarna asceza była wyłącznie wyrafinowanym narzędziem psychologicznego terroru. Kiedy fanatyczna przeciwniczka państwowych przywilejów sama podupadała na zdrowiu, nie stawała w kolejce do zatłoczonej przychodni. Otwierały się przed nią drzwi tajnych klinik, dokąd specjalnymi samolotami sprowadzano niedostępne dla zwykłych Polaków zachodnie leki. Jej ubóstwo było tylko mundurem inkwizytora, dającym prawo do niszczenia ludzkich żyć.
Zupełnie inny, ociekający przepychem świat stworzyła Alicja Solska-Jaroszewicz. Formalnie pracowała jako dziennikarka, lecz w rzeczywistości to ona pociągała za sznurki, stając się nieoficjalną premierową, bez której zgody Piotr Jaroszewicz nie podejmował żadnej kluczowej decyzji. Gardziła siermiężną rzeczywistością, sprowadzając kreacje od najlepszych europejskich projektantów i otaczając się zachodnim luksusem. Jej strzeżona jak twierdza willa w Aninie wypełniała się antykami, bezcennymi obrazami i kolekcjami broni. Paradoksalnie, to właśnie to bezpieczne schronienie stało się jej krwawym grobowcem, gdy w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku tajemniczy mordercy włamali się do rezydencji. Bezwzględni sprawcy nie zabrali jednak ociekających złotem kosztowności, lecz tajne dokumenty, dowodząc, że sekrety zgromadzone na szczytach władzy miały cenę znacznie wyższą niż najwyższej próby kruszec.
Kolejna dekada przyniosła zupełnie nową falę blichtru, której symbolem stała się Stanisława Gierek. Kiedy jej mąż otworzył granice na zachodnie kredyty, ona postanowiła zostać pierwszą celebrytką bloku wschodniego. Natapirowana fryzura, litery importowanego lakieru i szyte na miarę garsonki wywoływały powszechną zawiść. Ulica szeptała, że żona pierwszego sekretarza lata do paryskich fryzjerów wojskowymi samolotami. Jednak to Janina Szydlak, żona ówczesnego wicepremiera, pobiła wszelkie rekordy w drenażu państwowej kasy. Oficjalne delegacje dyplomatyczne traktowała jako prywatne rajdy po najbardziej ekskluzywnych butikach Europy. Wykupowała najdroższe kolekcje ubrań, biżuterię i meble, które następnie transportowano do Polski specjalnymi rządowymi ciężarówkami. Kupowała bez opamiętania, czerpiąc pełnymi garściami z państwowych rezerw dewizowych, podczas gdy zwykłe Polki farbowały w garnkach stare pieluchy, by uszyć z nich letnie spódnice.
Apogeum cynizmu i moralnego zepsucia nadeszło jednak podczas mroźnej zimy stanu wojennego. Gdy czołgi wyjechały na ulice, a opozycjoniści trafiali do lodowatych cel, żony partyjnej elity nie zamierzały rezygnować z zabawy. Zamknięte w ukradzionych prawowitym właścicielom przedwojennych willach na Mokotowie, przygotowywały się do sylwestrowych balów. W czasie, gdy zdobycie kartonu mleka graniczyło z cudem, wojskowe ciężarówki dostarczały pod ich drzwi francuskie szampany, kawior i zachodnie kosmetyki. Maria Kiszczak czy Barbara Jaruzelska nigdy nie musiały martwić się o zaopatrzenie. Posiadały własną armię państwowych służących, od wykwalifikowanych kucharek po kierowców BOR-u, którzy pełnili rolę prywatnych taksówkarzy, jeżdżących na drugi koniec miasta po nową spódnicę dla szefowej. Z kolei Irena Moczar, żona szefa MSW, królowała w tajnych, potrójnie strzeżonych ośrodkach w Łańsku i Arłamowie, gdzie kelnerzy z certyfikatami bezpieczeństwa serwowali dania z produktów sprowadzanych specjalnymi statkami z zagranicy.
Te kobiety żyły w absolutnym oderwaniu od rzeczywistości, traktując państwo jak swój prywatny folwark. Nawet przyszłość własnych dzieci planowały z bezwzględną precyzją, niszcząc kariery zdolnej młodzieży. Wystarczył jeden dyskretny telefon z Komitetu Centralnego, by genialny student z prowincji znikał z list rekrutacyjnych, robiąc miejsce dla syna dygnitarza. Absolwenci z bananowej młodzieży natychmiast trafiali na lukratywne placówki dyplomatyczne w Paryżu czy Londynie, zarabiając w dolarach i bawiąc się w zachodnich klubach za pieniądze polskiego podatnika.
Kiedy w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym roku system ostatecznie runął pod ciężarem własnej hipokryzji, naród naiwnie wierzył w sprawiedliwość. Rzeczywistość okazała się jednak wyjątkowo okrutna. Maria Kiszczak i jej podobne nigdy nie odpowiedziały za lata terroru. Wykorzystując gigantyczną siatkę kontaktów i ukryte kapitały, płynnie przeszły do nowej rzeczywistości. Dawne aktywistki z dnia na dzień przeobraziły się w rzutkie bizneswoman, właścicielki butików i udziałowczynie w nowo powstających spółkach. Złota klatka, w której żyły, otoczona kordonem milicji i strachem przed utratą wpływów, otworzyła przed nimi drzwi do kapitalistycznych fortun. Ich luksus, zbudowany na ludzkim cierpieniu, przetrwał zmianę ustroju, udowadniając ostatecznie, że w politycznej grze elity zawsze spadają na cztery łapy, a koszty ich zachcianek niezmiennie pokrywa oszukane społeczeństwo.