OFICJALNIE ZARABIALI GROSZE, A KUPOWALI MERCEDESY ZA GOTÓWKĘ. Zszokowani profesorowie patrzyli, jak rzeźnicy i cinkciarze trzęśli całym krajem

W systemie, w którym z założenia wszyscy mieli być równi, narodziła się jedna z najbardziej absurdalnych drabin społecznych w historii nowożytnej Europy. Oficjalne pensje i państwowe cenniki były jedynie fasadą dla naiwnych. Dyrektorzy szpitali, wybitni inżynierowie i uniwersyteccy profesorowie odbierali co miesiąc swoje państwowe wynagrodzenia, za które mogli kupić co najwyżej ocet i musztardę. Prawdziwa władza i niewyobrażalne pieniądze leżały na ulicy, w warsztatach, na zapleczach sklepów mięsnych i pod Peweksami. Wystarczyło mieć dostęp do towaru, by z dnia na dzień stać się milionerem, z którego wykształcona elita kraju musiała błagać o najdrobniejszą przysługę.

Fotokarta / Nasze zbiory / Kolekcje / Wrzesień 1958, Warszawa, Polska.  Warsztat samochodowy - mechanik naprawia samochód marki "Warszawa". Fot.  Romuald Broniarek, zbiory Ośrodka KARTA

Ekonomia Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej opierała się na permanentnym niedoborze. Kiedy w latach osiemdziesiątych przeciętna pensja wynosiła około osiemnastu tysięcy złotych, na czarnym rynku stanowiło to równowartość zaledwie trzydziestu dolarów amerykańskich. Tyle wynosiła miesięczna wycena intelektualnego wysiłku polskiej inteligencji. W tym samym czasie mechanik samochodowy, pan Marek z warszawskiego Polmozbytu, potrafił zarobić tę kwotę w pięć minut. Kiedy zdesperowany ordynator szpitala przyjechał do niego zepsutym fiatem, państwowy zakład rozkładał ręce, zapowiadając wielomiesięczne oczekiwanie na części. Mechanik po prostu wyciągnął nowy alternator ze swojej tajnej skrytki. Kosztowało to lekarza całą pensję, reklamówkę szynki i dwie butelki luksusowego koniaku. Naukowiec musiał płacić i płakać, podczas gdy człowiek w usmarowanym smarem kombinezonie budował kolejną willę.

Ślepa kuchnia' Monika Milewska. W czasach PRL władza zaglądała obywatelom  nawet do garnków

Równie potężną grupę stanowili pracownicy sklepów mięsnych. W epoce pustych haków i rygorystycznego systemu kartkowego, rzeźnik stawał się niemal półbogiem. Zwykła sprzedawczyni z pensją równą dwudziestu dolarom, dzięki umiejętnemu odcinaniu kości, dodawaniu tłuszczu do mielonego i drobnym oszustwom na wadze, potrafiła w miesiąc zgromadzić fortunę. Mięso spod lady było walutą cenniejszą niż złoto. Ojciec pewnego pana młodego z Bydgoszczy, nie mogąc zorganizować wesela z państwowych przydziałów, wręczył rzeźnikowi gotówkę i obiecał wykonanie dębowej meblościanki bez kolejki. W zamian, pod osłoną nocy, otrzymał półtuszę i dziesiątki pęt wiejskiej kiełbasy, a rzeźnik bawił się na weselu jako gość honorowy, traktowany z większym szacunkiem niż rodzina.

Deficyt napędzał również inne branże. W nowo oddawanych mieszkaniach z wielkiej płyty, gdzie rury przeciekały już w dniu wręczenia kluczy, państwowy hydraulik zjawiał się jako wybawca. Po godzinach pracy wyciągał z walizki kradzione z budów uszczelki i miedziane kolanka, żądając za jeden wieczór pracy kwot przewyższających dwumiesięczne zarobki architekta, który to osiedle zaprojektował. Z kolei po zmroku miastem rządzili kelnerzy i taksówkarze. W restauracjach brakowało miejsc, a bramkarz przepuszczał tylko tych, którzy wsunęli mu w dłoń odpowiedni banknot. Taksówkarze w swoich fiatach i polonezach pełnili funkcję mobilnych monopolowych. Po zamknięciu państwowych sklepów sprzedawali wódkę z bagażnika z trzykrotnym przebiciem, w jeden weekend zarabiając tyle, co urzędnik przez cały rok.

Istniała jednak kasta ludzi, dla których polskie granice nie stanowiły bariery. Marynarze, kierowcy PKS, stewardesy LOT-u oraz konduktorzy pociągów międzynarodowych przywozili w walizkach i skrytkach zachodni luksus. Wystarczył jeden rejs do Japonii, by marynarz za odłożone diety kupił dwa magnetowidy VHS, które w Polsce sprzedawał za cenę pozwalającą na zakup mieszkania. Kierowcy ciężarówek upychali w naczepach zachodnie proszki do prania i używane silniki, inkasując w gotówce bajońskie sumy jeszcze zanim zdążyli rozpakować auto we własnym garażu. Z kolei pilotki wycieczek i pracownicy Orbis czy Peweksu obracali twardą walutą, pobierając potężne prowizje za pomoc zagranicznym turystom w załatwianiu bursztynu czy góralskich kożuchów.

Prawdziwymi rekinami krajowego biznesu byli jednak prywatni przedsiębiorcy, nazywani przez państwową propagandę pogardliwie badylarzami. Właściciele podmiejskich szklarni, tacy jak plantatorzy z okolic Poznania, potrafili w kilka dni sprzedać zbiory wczesnych pomidorów czy goździków na Dzień Kobiet za miliony złotych. Rekordziści w jeden poranek zgarniali równowartość siedmioletnich zarobków dyrektora fabryki, udając się z workiem pieniędzy prosto po zakup nowego, zachodniego samochodu. Wtórowali im górnicy ze Śląska, którzy dzięki dostępowi do specjalnych sklepów, kupowali luksusowe pralki, telewizory i samochody po cenach państwowych, a następnie natychmiast odsprzedawali je na giełdach z gigantycznym przebiciem, ratując zdesperowanych rodaków przed wieloletnim oczekiwaniem.

Jednak na samym szczycie tej absurdalnej piramidy finansowej stali cinkciarze. Ludzie tacy jak Ryszard z Warszawy, Kazimierz z Gdańska czy Srebrny z Poznania nie produkowali niczego, a mimo to kontrolowali obieg pieniądza w państwie. Skupując dolary od turystów i odsprzedając je pod Peweksami z ogromną marżą, w ułamku sekundy zarabiali więcej niż wybitni chirurdzy. Kiedy włoska delegacja potrzebowała złotówek, Ryszard w bagażniku mercedesa wymienił im pięć tysięcy dolarów, a następnie odsprzedał walutę prywatnemu przedsiębiorcy, inkasując w dwadzieścia minut czternaście średnich krajowych pensji. Wszystko to odbywało się za cichym przyzwoleniem milicji i służb bezpieczeństwa, które czerpały z tego procederu własne zyski i informacje.

Koniec lat osiemdziesiątych i nadejście brutalnej hiperinflacji obnażyły bezlitosną prawdę o tamtym systemie. Państwowy inżynier, pan Stanisław, który przez lata odkładał połowę pensji na książeczkę oszczędnościową PKO, w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym roku za dorobek swojego życia mógł kupić co najwyżej pralkę i garnitur. Jego sąsiad wulkanizator, który każdą złotówkę natychmiast wymieniał u cinkciarzy na dolary, wyciągnął ze skrytki walutę pozwalającą na zakup kilku działek budowlanych. Transformacja ustrojowa nie zniszczyła królów czarnego rynku. Dawni cinkciarze, badylarze i rzemieślnicy jako jedyni weszli w nowy kapitalizm z potężnym kapitałem i bezwzględną wiedzą o rynku, gładko zamieniając ulice pod hotelami na fotele prezesów legalnych kantorów i potężnych firm deweloperskich. System upadł, ale ci, którzy przez lata z niego kpili, po raz kolejny wyszli z tego obronną ręką.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

Recommended for You

View Archive arrow_forward