Zniknęły z półek, bo UKRYWAŁY PRAWDĘ o PRL! Pili to WSZYSCY, a dziś elity wmawiają społeczeństwu SZTUCZNY LUKSUS
W dusznych, zadymionych mieszkaniach lat siedemdziesiątych, za szczelnie zaciągniętymi zasłonami z peerelowskiego weluru, rozgrywał się cichy dramat całego pokolenia. Na stołach królowały butelki, które dziś wydają się jedynie zakurzonym reliktem przeszłości, ale wtedy stanowiły jedyną ucieczkę od brutalnej, szarej rzeczywistości. Komunistyczna władza doskonale wiedziała, jak uśpić zdezorientowany naród, serwując mu płynną iluzję dobrobytu. Niekwestionowaną królową tego wielkiego oszustwa była Wyborowa. Wymuskana, luksusowa, wręcz niedostępna dla zwykłego obywatela, stawała się domowym trofeum, którego puste butelki z nabożeństwem eksponowano w meblościankach jako dowód najwyższego prestiżu. Była flagowym towarem eksportowym, mającym udowadniać zachodniemu światu rzekomą potęgę bloku wschodniego. Obok niej, na zaszczytnym miejscu, zawsze stała Żytnia – królowa przaśnych, dwudniowych wesel przy donośnych dźwiękach akordeonu. Brutalnie szczera, przeraźliwie mocna i szorstka w smaku, lała się strumieniami, bezlitośnie topiąc codzienne zmartwienia. Dzisiaj obie te marki przetrwały, ale stały się jedynie bladym cieniem samych siebie. Złagodzone i ugrzecznione przez nowoczesne procesy produkcyjne, na zawsze straciły swoją pierwotną, mroczną duszę, stając się bezbarwnym produktem rzuconym na dolną półkę każdego supermarketu.
Jednak to nie czysta wódka stanowiła największy fenomen tamtych trudnych czasów, lecz trunki, które z premedytacją miały udawać coś, czym absolutnie nie były. W epoce, gdy prawdziwa kawa stanowiła towar wybitnie deficytowy, graniczący wręcz z miejskim mitem, na stołach zjawiał się gęsty, lepki likier kawowy. Dla ogromnej części społeczeństwa był to jedyny kontakt z namiastką wyśnionego, zachodniego życia. Pachniał intensywnie palonym ziarnem i czekoladą, a ukryta w nim śmietanka miała oszukać ludzkie zmysły, wmawiając biesiadnikom, że egzystują w kraju mlekiem i miodem płynącym. W domowych zaciszach, z dala od wścibskich oczu sąsiadów i donosicieli, potajemnie dojrzewał też kultowy Ajerkoniak. Tworzony w ścisłej tajemnicy, ze świeżych żółtek i spirytusu, przelewany z rąk do rąk, ostro konkurował z rzadkim, zielonym jak absynt likierem miętowym. Ta jaskrawa Miętówka, choć często traktowana z pobłażaniem, bezbłędnie ożywiała ponure imprezy w blokach z wielkiej płyty. Wszystko to blednie jednak przy największym noworocznym oszustwie stulecia. Sowietskoje Igristoje – słodki, tani ulepek, który z prawdziwym szampanem nie miał absolutnie nic wspólnego, o północy stawał się dla milionów symbolem niewyobrażalnego luksusu. Ten wystrzelony z hukiem w sufit korek i mocno gazowany napój dawały złudną, ulotną nadzieję, że kolejny rok przyniesie wreszcie wolność.

Zupełnie inny, mroczniejszy wymiar miała konsumpcja na najniższym szczeblu drabiny społecznej. W bramach, na ziąbniących dworcach i w obskurnych korytarzach akademików toczyło się prawdziwe, brutalne życie, napędzane tanim winem owocowym i owianym złą sławą Klarytem w kartonie. Ten siarkowy, prymitywny napój był prawdziwym paliwem buntu, studenckich rewolucji i młodzieńczych ucieczek przed systemem. Z kolei ludzie ciężkiej pracy fizycznej szukali ukojenia w regionalnych piwach, takich jak legendarny Kujawiak, które charakteryzowały się surową, niezwykle mocną goryczką i budowały poczucie lokalnej tożsamości. Gdy zaś jakimś cudem udało się zdobyć z przemytu zagraniczne piwo z bloku wschodniego, na przykład czechosłowackiego Velveta, smakowało ono niczym zakazany owoc i powiew wielkiego świata. Równie wielką czcią otaczano Jarzębiaka oraz dawną, mętna od owoców Soplicę. To, co z tą ostatnią marką zrobiły współczesne korporacje, zakrawa na kulinarną profanację. Dawny symbol polskiej gościnności przepoczwarzył się w sztucznego potwora o setkach chemicznych smaków, od kokosa po pigwę, brutalnie bezczeszcząc pamięć o gęstych, naturalnych nalewkach dawnych pokoleń. Z kolei słynna Żubrówka, niegdyś dumna, dzika i pachnąca prawdziwą puszczą, dziś rozpłynęła się bezpowrotnie w oceanie wariantów kawowych, tracąc swoją surową, niepodrabialną wyjątkowość.
Współczesny, bezlitosny rynek alkoholowy dokonał brutalnego mordu na pamięci tamtych czasów. Stare, pilnie strzeżone receptury zostały zniszczone, a na ich miejsce wprowadzono wygładzone, bezduszne płyny, które mają jedynie masowo napędzać gigantyczne zyski wielkich koncernów. Prawdziwy Krupnik, niegdyś gęsty i obezwładniająco pachnący miodem oraz korzennymi przyprawami, dzisiaj jest tylko pustym, chwytliwym hasłem reklamowym, wciśniętym na siłę na etykietę zwykłej wódki. Przepadły bez śladu dawne, proste cydry i owocowe perry, które w duszne, letnie wieczory przynosiły upragnione orzeźwienie po wyczerpującym dniu. Te kultowe butelki z czasów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej kryły w sobie coś znacznie ważniejszego niż tylko procenty. Były nośnikiem trudnej historii, instynktu przetrwania i głębokich więzi międzyludzkich w zniewolonym świecie, w którym brakowało dosłownie wszystkiego. W tamtej epoce nie pito dla samego faktu upijania się, ale dla tych dramatycznie krótkich chwil normalności, kiedy przy wspólnym stole zacierały się różnice społeczne, a wszechobecny strach znikał w oparach żytniej, miętówki i radzieckiego szampana. To nie marki odeszły w zapomnienie i to nie same przepisy uległy zmianie. To bezpowrotnie umarł cały świat, w którym zwykła butelka mogła udawać luksus, dawać odrobinę godności i pozwalała na moment zapomnieć o dyktaturze.